Hegemon staje do 1. walki, podczas gdy „Wilki” ostrzą kły. Reszta do pożarcia?

Autor: Karol Brandt | 06.09.2018 21:30 | komentarzy: 0 | kategoria: Analiza |

Real Madryt, podobnie jak AS Roma, trafił do niezbyt wymagającej grupy. Jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, to te dwa zespoły na wiosnę nadal będą rywalizować w Lidze Mistrzów.

Grupa G: Real Madryt, AS Roma, CSKA Moskwa, Viktoria Pilzno.

„Królewscy” do rozgrywek przystępują jako obrońcy trofeum. To od nich wymaga się najwięcej i to na nich ciąży największa presja. Najlepszy klub XX wieku w ostatnich latach zdominował rozgrywki Ligi Mistrzów. Jednak ojców sukcesu było wiele. Bez wątpienia zapoczątkował to Florentino Pérez, który zbudował zespół wokół największych piłkarzy swojej epoki. Z czasem jednak brakowało sukcesów, a i rywalizacja z „Dumą Katalonii” nie szła najlepiej. Wtedy sternik Realu Madryt postanowił zatrudnić José Mourinho, który na nowo rozpalił apetyty fanów z białej części Madrytu. Udało się wywalczyć mistrzostwo Hiszpanii, lecz brakowało spokoju w drużynie, a ciągłe konflikty z całym środowiskiem piłkarskim rozsadzały zespół od wewnątrz. Wówczas na ratunek przybył Carlo Ancelotti, który już kiedyś był bliski objęcia posady w klubie z Santiago Bernabéu, jednak ostatecznie wylądował w londyńskiej Chelsea. Już w pierwszym sezonie pracy Włocha w Realu Madryt, „Los Blancos” sięgnęli po Ligę Mistrzów, jednak w kolejnej kampanii nie szło im już tak dobrze. W tamtym momencie Florentino Pérez podjął dość trudną do wytłumaczenia decyzję o zatrudnieniu „Rafy” Beníteza. Po krótkim epizodzie Hiszpana, z odsieczą przybył będący pod ręką Péreza legendarny Zizou. Francuz z miejsca odmienił grę zespołu i trafił do głów piłkarzy, którzy w Lidze Mistrzów potrafili oddać za swojego szkoleniowca życie. Efektem tego było zdobycie trzy razy z rzędu pucharu Ligi Mistrzów. Wynik to iście precedensowy. Brakowało jednak sukcesów na gruncie hiszpańskim, łatwo nie było także wpłynąć na Zinédine’a Zidane’a, który sam wybierał piłkarzy, nieco na wzór menedżerów z Wysp Brytyjskich. Doszło nawet do tego, że zimą francuski trener zablokował gotowy w 100% transfer Kepy Arrizabalagi. Nie od dzisiaj wiadomo, że ceni on umiejętności Edena Hazarda, nie może zatem dziwić fakt, że 46-latek stał na drodze do spełnienia kolejnego marzenia Florentino Péreza – ujrzenia Neymara w śnieżnobiałej koszulce „Królewskich”. Zizou argumentował swoją decyzję o odejściu ogromnym trudem zmotywowania piłkarzy do dalszej walki o trofea. Gdy Julen Lopetegui objął zespół w niezwykle kontrowersyjnych okolicznościach, a następnie wdrożył swoje pomysły na grę drużyny, Real Madryt nie sprostał odwiecznemu rywalowi, z którym spotkał się w meczu o Superpuchar Europy. Wtedy spora część sympatyków „Los Blancos” mogła dojść do wniosku, że Zinédine Zidane miał sporo racji. Nowych celów potrzebował również Cristiano Ronaldo, który ruszył na podbój Serie A. Wraz z odejściem Portugalczyka wyczekiwano galaktycznego transferu piłkarza mogącego z miejsca wejść w buty, bądź co bądź, legendy Realu Madryt. 300 mln euro kurzyło się w kasie klubowej „Królewskich”, lecz żadna okazja na sprowadzenie godnego następcy 33-latka się nie nadarzyła. Tym czasem na Santiago Bernabéu powrócił Mariano Díaz, co początkowo ucieszyło najwierniejszych fanów 13-krotnych zdobywców Pucharu Europy. Tymczasem 31 sierpnia w godzinach popołudniowych 25-letni napastnik w towarzystwie sternika Realu Madryt zaprezentował koszulkę ze swoim nazwiskiem… i numerem siódmym. W przeszłości z tym numerem grali Juanito, Raúl González Blanco czy wspomniany już CR7. Początkowe zszokowanie przerodziło się w dziesiątki pytań, na które próbowały odpowiedzieć madryckie media. Poinformowało, że początkowo „7” oferowano Marco Asensio, który to jednak bez podania przyczyny odmówił przejęcia numeru po Portugalczyku. Takich problemów nie miał ex-snajper Olympique’u Lyon. Już niedługo przekonamy się jak ten zawodnik poradzi sobie z presją ciążącą na graczu w koszulce z legendarnym numerem na plecach. Abstrahując zupełnie od całej atmosfery unoszącej się nad siedzibą Realu Madryt, piłkarze sezon ligowy rozpoczęli znakomicie (trzy wygrane i tylko dwa stracone gole). Karim Benzema po odejściu CR7 wyraźnie odżył i powoli przypomina sobie, jak to jest być typową „9”. Także Gareth Bale nie zawodzi. Jeśli „Los Blancos” sportowo utrzymają formę z początku rozgrywek, mogą po cichu, bo przecież tak wielu fanów odwróciło się od madrytczyków i skierowało wzrok w stronę Turynu, dotrzeć do finału i po raz kolejny obronić najważniejsze trofeum europejskie. Nierealne? Zobaczymy. Z pewnością rywale grupowi nie powinni im w tym przeszkodzić.

Rzymianie pod koniec ubiegłego sezonu wywołali niemałą burzę, oskarżając sędziów o rażące błędy podczas półfinałowego dwumeczu z „The Reds”. Monchi (dyrektor sportowy Romy) oświadczył nawet, że gdyby w rozgrywkach był system VAR, w finale „Wilki” zmierzyłyby się z Bayernem Monachium. Piłkarze Romy to rewelacja ubiegłego sezonu, to bezapelacyjnie fakt. Tacy piłkarze jak Edin Dżeko czy Alisson Becker ciągnęli grę drużyny. Brazylijski golkiper pokazał swoją klasę m.in. w 1/8 finału z Szachtarem Donieck, pomijając już niesportowe zachowania chłopców od podawania piłek na Stadio Olimpio, za co klub zresztą został ukarany. Summa summarum AS Roma dzięki trzeciej pozycji na finiszu rozgrywek ligowych, awansowała do fazy grupowej, w której zmierzy się z Realem Madryt, CSKA Moskwa i Viktorią Pilzno. Nim Monchi i spółka poznali wyniki losowania, postanowiono wzmocnić zespół i wydano bagatela 130,6 mln euro! Suma może powalać, lecz rzymianie wyszli na plus. Jak to możliwe? Ze sprzedaży m.in. Alisson Beckera uzyskano 150,2 mln euro. Zatem klub ze stolicy Włoch jest ok. 20 mln euro na plusie, a pozyskano Stevena N’Zonziego, Javiera Pastore czy Davide Santona. O krok od transferu na Stadio Olimpico był także Malcom, który, jak wszyscy wiemy, ostatecznie wylądował na Camp Nou. Na razie nie wszystko idzie po myśli Eusebio Di Francesco, bowiem jego zespół gra w przysłowiową kratkę. „Wilki” mają na swoim koncie zwycięstwo, remis i porażkę. Niemniej jednak w swojej grupie nie powinny mieć problemów z awansem do fazy pucharowej kosztem CSKA czy Viktorii. Rzymianie mogą nawiązać równorzędną walkę z „Królewskimi”, i są do tego zdolni, jednak może okazać się, że na zgranie nowych piłkarzy z resztą składu nie ma już czasu. Wtedy pełną siłę Romy poznamy dopiero na wiosnę.

  CSKA Moskwa latem przeszło prawdziwą rewolucję kadrową. „Koni” nie reprezentują już bracia Bierezuccy (koniec kariery), Siergiej Ignaszewicz (koniec kariery), Bibras Natcho (transfer bezgotówkowy do Olympiakosu) czy Vitinho (odszedł do Flamengo za 10 mln euro). Jednak największą stratą jest zmiana klubowych barw przez Aleksandra Gołowina, który postanowił dołączyć do AS Monaco. Trudno zrozumieć działania moskiewskiego klubu. 24-letni Vitinho w ubiegłym sezonie strzelił dla „Koni” 9 goli i zanotował 13 asyst. Brazylijczyk był jednym z nielicznych, obok Gołowina, którzy robili wiatr w ataku. Tymczasem zespół nie dość, że stracił doświadczonych piłkarzy, to jeszcze utracił szybkość i atuty przy kontratakach, podczas których niezastąpiony w środku pola był Pontus Wernbloom (odszedł do PAOK-u). W miejsce tych wszystkich niegdyś ważnych ogniw zespołu sprowadzono: Hördura Magnússona (uczestnik Mistrzostw Świata w Rosji) czy Abela Hernándeza (29 występów w barwach reprezentacji Urugwaju). Trzeba powiedzieć, że nie wygląda to dobrze. Wyniki tylko to potwierdzają: trzy remisy (m.in. z Jenisiejem Krasnojarsk), porażka i dwie wygrane. Chociaż ostatni mecz, który odbył się w ubiegły weekend może zwiastować poprawę. „Konie” zwyciężyły bowiem 4:0 (hat-trick Fiodora Czałowa). Biorąc pod uwagę ogromne zmiany w zespole, trudno przewidzieć drogę CSKA Moskwa w europejskich pucharach. Wydaje się, że moskwianie powalczą z Viktorią Pilzno o trzecią pozycję w grupie.

Tak jak ruchy transferowe CSKA Moskwa są co najmniej trudne do zrozumienia, tak działania Viktorii Pilzno na rynku transferowym są w pełni uzasadnione. Pozbyto się piłkarzy, którzy albo nie spełniali swojej roli, albo obciążali kasę klubową, a grali mizernie. Tak było w przypadku Tomáša Poznara i Andreasa Ivanschitza. Pozyskano za to Romana Procházkę i Pavela Buchę (transfery bezgotówkowe). Ci piłkarze odpowiadają teraz za siłę zespołu w środku pola. Wcześniej wywalczono po raz piąty w historii klubu mistrzostwo Czech i postanowiono zatrzymać najważniejszych zawodników. Na razie to się sprawdza. „Viktorka” wygrała sześć z siedmiu dotychczas rozegranych spotkań. To ostatnie, przegrane, może zaburzyć harmonię w drużynie. Mistrzowie czeskiej ekstraklasy polegli aż 0:4 ze Slavią Praga. Jeśli piłkarze się podniosą, mogą po raz trzeci w historii zająć trzecie miejsce w grupie i dzięki temu uzyskać awans do fazy pucharowej Ligi Europy. Na tym piłkarze ekipy z Pilzna powinni się skupić, gdyż ten cel jest możliwy do zrealizowania.

                                                                                              

Typ LigaMistrzow.com: Awans Realu Madryt i Romy.

Czytaj więcej o: Liga Mistrzów, CSKA Moskwa, Real Madryt, Hiszpania, Włochy, Rosja, Analizy, AS Roma, Karim Benzema, Cristiano Ronaldo, Gareth Bale, Edin Dzeko, Czechy, Zinedine Zidane, Viktoria Pilzno, Steven N%27Zonzi, Julen Lopetegui, Abel Hernandez, Aleksandr Gołowin, Andreas Ivanschitz

Podziel się tym artykułem ze znajomymi

Skomentuj przez Facebooka

Treści o podobnej tematyce:

Komentarze (0)

Komentarze są domyślnie ukryte dla niezalogowanych

Pokaż komentarze