Kim jest Józef M.?

Redakcja | 04.04.2005 00:00 | komentarzy: 0 | kategoria: Felieton |

Chelsea, dzielnica Londynu, przed wojną będąca - jak nasz Wąchock - obiektem dowcipów i drwin. Dzisiaj siedziba klubu, pretendujacego do miana mistrza kraju (po raz pierwszy od pół wieku!) i Europy. Jeszcze parę sezonów temu zespół ze Stamford Bridge nie istniał na europejskich boiskach, a w kraju - rzadko kiedy gościł w ścisłej czołówce. Zwrot o sto osiemdziesiąt stopni nastąpił za sprawą dwóch ludzi: multimilionera - Romana Abramowicza i mistrza strategii - Jose Mourinho. Kibice The Blues to rodzaj cyganerii, śmietanki towarzyskiej, na Stamford wypada bywać, a takie bywanie musi się kojarzyć z sukcesem. A sukces to Mourinho. I "Czerwony nabab" doskonale o tym wie. Człowiek z nikąd, uczeń Bobby'ego Robsona, kiedy się usamodzielnił na trenerskim gruncie, przejął stery FC Porto i z miejsca podbił serca kibiców, wygrywając wszystko, co w portugalskim futbolu jest do wygrania. Później sięgnął po puchar UEFA, a rok później - dokonał niemożliwego - z tym samym klubem wygrał najbardziej prestiżowe rozgrywki na świecie - Ligę Mistrzów. Jak tak dalej pójdzie, będzie miał na koncie więcej trofeów niż imion. Kim zatem jest Jose Mario Santos Felix Mourinho i na czym polega jego sekret? Odpowiedź na pierwsze pytanie jest tak prosta jak główne przesłanie polityki Portugalczyka, które doskonale ubrał w słowa słynny manager angielski Brian Clough: "Podstawa, to nie mieszać zawodnikom w głowach. Pozostawić futbol takim, jakim jest, bo to prosta gra". Natomiast Mourinho to po prostu najwybitniejszy trener naszych czasów. Znakomity strateg, nie wierzący w konstelację gwiazd, przekonany o tym, że mecze wygrywa jedenastka wojowników o żelaznej kondycji, obdarzonych duchem walki. Przykład Rehagela, który uczynił mistrzów Europy z przeciętnych Greków, czy sukcesy samego zainteresowanego w europejskich pucharach dobitnie pokazują, że jego wizja nie jest tylko snem o potędze. Mourinho jest najważniejszym ogniwem swojego zespołu, prawdziwym przywórcą, świetnym kierownikiem i znakomitym psychologiem. Panuje opinia, że trener nie jest wcale najważniejszy, że w wiekszości przypadków jego piłkarze puszczeni "samopas" osiągnęliby podobne wyniki. Mourinho obala tę tezę i udowadnia, że bez trenera drużyna traci swoją wartość. Według niego liczy się monolit drużyny, a eliminując potencjalnie najgroźniejszego w tym sezonie rywala - Barcelonę - udowodnił, że nieuchronnie nadchodzi zmierzch epoki wielkich indywidualności. Teraz ma się liczyć tylko jedna indywidualność, gwiazdor Mourinho. Człowiek ten wygrywa na przekór zdrowemu rozsądkowi, będąc przy tym tak niemożliwie arogancki i pewny siebie, że przyprawia rywali o wrzody żołądka i napady szału. A najbardziej zastanawiający jest fakt, że prawie nigdy się nie myli. Przed meczem na Camp Nou obraził wszystkich, od ponad stuletniej historii klubu, przez trenerów, po największą gwiazdę Barcelony, Ronaldinho. Pierwszy mecz przegrał, owszem, ale widocznie miał to wkalkulowane, bo w rewanżu nie pozostawił złudzeń, kto jest lepszy. Oto cały fenomen. Genialność i prostota. Zero przypadkowości. Każde zadanie taktyczne nakreślone do granic perfekcji. Wszystko wyrachowane i skalkulowane. Podobno trener Chelsea myśli o taktyce tak często, jak inni mężczyźni o seksie - 24 h na dobę. Nie był na konferencji prasowej po porażce na Camp Nou, bo wtedy stałby się częścią ich kina, a on przecież kręci słasny film. Zupełnie inny film. Czy popełnia błędy? Uważa, że tak, ale bardzo rzadko, mówi: "Porażka moż się zdarzyć tylko wtedy, gdy sędzia jest ślepy, a boisko przypomina pole uprawne". "Francuzi powinni pójść do kościoła i podziękować Bogu, że zdobyli 1 punkt" (po remisie z PSG). Mourinho jest twardy, na wojne wyrusza tylko z tymi, którym ufa, muszą mieć charakter. Nie daje się wciągać w żadne układy z graczami. Cieszy się niebywałym respektem. Uwielbia krytykować innych, jak po meczu Arsenal - Tottenham 5-4, kiedy nazwał wynik hańbiącym. Hokejowym. "Kiedy u mnie na treningu jedna z drużyn prowadzi 3-0, wysyłam obrońców przegrywającej drużyny do szatni, bo najwyraźniej nie chce im się grać". Widać zatem dlaczego Chelsea bryluje w statystykach pod względem najmniej straconych bramek. Na pierwszej odprawie powiedział swoim podopiecznym: "Wszyscy zarabiacie tu ogromne pieniądze. Ale oprócz Makelele i dwóch graczy ściągniętych z Porto nic nie wygraliście. Prawie nikt z was nie zna smaku wielkich zwycięstw. Pokaże wam, jak się wygrywa, ale nie chcę, aby ktokolwiek skarżył się gdzieś za plecami. Wprowadzam trzy zasady: szczere rozmowy w naszym gronie, jakość mojej pracy i chęć wygrywania". Kiedy trzeba Mourinho dla swych podopiecznych potrafi być jak ojciec, buduje rodzinną atmosferę na bazie bezwzględnego zaufania. I tak właśnie rodzi się "team spirit". Na tej samej odprawie wykreślił na tablicy co następuje: "Motywacja + ambicja + drużyna + duch zespołu = SUKCES". Nie na darmo ostatnie słowo podkreślił trzema kreskami. Urodzony w Setubal Portugalczyk zamierza przebić rywali zza miedzy. Sir Alexowi Fergusonowi zajęło 7 lat na doprowadzenie MU na szczyt, Arsene Wengerowi - 2 lata. Mourinho zamierza zrobić to od razu. Zapowiada, że będzie to coś wielkiego. Puchar Ligi już wygrał, prowadzenie w kraju może mu odebrać tylko zdarzenie paranormalne, a w Lidze Mistrzów jest w ćwierćfinale i wydaje się być nie do powstrzymania, więc chyba nie ma co wątpić kto zdobędzie potrójną koronę w tym sezonie. A jednak pewność siebie może Setubalczyka zgubić. Wiecie jaka jest różnica między Mourinho, a Bogiem? Bóg nie myśli, że jest Mourinho!

Podziel się tym artykułem ze znajomymi

Skomentuj przez Facebooka

Komentarze (0)

Komentarze są domyślnie ukryte dla niezalogowanych

Pokaż komentarze