Historia pewnego karnego...

Autor: Mariusz Dygas | 12.02.2009 13:19 | komentarzy: 12 | kategoria: Okiem kibica |

…czyli geneza jednej z najpopularniejszych w ostatnim czasie pieśni stadionowej. A zaczęło się tak pięknie… Dnia 21 maja 2008 roku w Moskwie odbył się finał piłkarskiej Ligi Mistrzów, rozegrany pomiędzy zespołami Chelsea Londyn a Manchesterem United. W regulaminowym czasie gry padł wynik remisowy 1:1 po trafieniach Ronaldo dla United i Lamparda dla Chelsea. Dogrywka również nie przyniosła rozstrzygnięcia co niechybnie doprowadziło do konkursu rzutów karnych. A ów konkurs w finale najważniejszych europejskich klubowych rozgrywek jest nie lada gratką dla każdego fana piłki nożnej. I tu zaczyna się nasza historia. Kapitan The Blues, John Terry został delegowany do strzelenia ostatniego, decydującego karnego. Wystarczyło tylko posłać piłkę do bramki, aby on, jego drużyna i jej kibice oszaleli z radości. Niestety (albo "stety" – zależy od punktu siedzenia) tak się nie stało, Anglik poślizgnął się na mocno zroszonej przez deszcz murawie czego konsekwencją było trafienie futbolówką w słupek. Tak zaczął się jeden z największych koszmarów w życiu piłkarza. Jego zespół ostatecznie przegrał walkę o puchar a on sam doczekał się od kibiców dosyć osobliwej przyśpiewki o bardzo skocznym tekście "Viva John Terry". Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to że była ona pomysłem kibiców Manchesteru United. Nie trzeba oczywiście przypominać że ma ona charakter prześmiewczy. Wymyślono do niej nawet kilka zwrotek. Długo zastanawiałem się, z jakich przyczyn, z jakich powodów powstał ten pomysł, jakimi pobudkami kierował się człowiek, w którego umyśle zrodziła się ta idea. John Terry jest świetnej klasy obrońcą, regularnie występuje w reprezentacji swojego kraju, rzadko zdarzają mu się błędy, których musiałby się naprawdę wstydzić. Serce do gry ma ogromne, jest jeżeli nie uwielbiany przez postronnych kibiców, to na pewno bardzo szanowany. Czy miałoby to być konsekwencją niestrzelonego karnego? Raczej wątpliwe, nie pierwszy raz światowej klasy zawodnik zawiódł w najważniejszym momencie sezonu, i żaden z nich podobnej "kary" się nie doczekał. Czy jest to konsekwencja tego że w trakcie przepychanki podczas dogrywki w nerwach opluł Carlosa Teveza? Też raczej wątpliwe, ciężko z trybun byłoby "na gorąco" ten czyn zauważyć. O co więc chodzi? Warto w tym miejscu wspomnieć że trybuny Old Trafford (i nie tylko) dominowała wtedy przyśpiewka "Viva Ronaldo" na cześć portugalskiego skrzydłowego, a temat powyższych rozważań jest "grany" na tę samą nutę. Jest to więc swego rodzaju wdzięczność wobec angielskiego stopera za to, że w pewien sposób przyczynił się do końcowego sukcesu drużyny sir Alexa Fergusona. Choć to pewnie żadne pocieszenie dla londyńczyka, mimo wszystko dalej szanowanego i lubianego. Także wszystko kibice Chelsea wstydzić się swojego idola nie muszą, mogą wręcz być dumni z faktu, że kapitan ich drużyny budzi tak duży respekt w sercach kibiców kontrkandydata do korony Premiership. Wszak gdyby go nie budził, nikt nie zadałby sobie trudu, aby umniejszać jego wartości. Tekst dedykuję wszystkim osobom, kibicom potrafiącym podchodzić do spraw swojej ukochanej drużyny i drużyn największych rywali z głową i dystansem.

Podziel się tym artykułem ze znajomymi

Skomentuj przez Facebooka

Komentarze (12)

Komentarze są domyślnie ukryte dla niezalogowanych

Pokaż komentarze