Końcowe odliczanie

Autor: Tomasz Delimat | 28.08.2012 13:04 | komentarzy: 13 | kategoria: Felieton |

Do zamknięcia letniego okienka transferowego pozostało już niewiele czasu. Warto zatem usystematyzować to, co może czekać nas w najbliższych dniach. A wszystko wskazuje na to, że wydanych zostanie wiele milionów.

Kilku szkoleniowców znanych europejskich drużyn nie jest do końca zadowolonych ze wzmocnień,  które poczynili tego lata. Choć sezon rozpoczął się już we wszystkich czołowych ligach, wciąż należy spodziewać się naprawdę poważnych transferów. Niewykluczone, że czekają nas transakcje zupełnie niespodziewane, sensacyjne, na temat których nawet nie spekulowano. Wydaje się jednak, że pewne rzeczy można też przewidzieć.

Real i Barça kończą zakupy...

Real Madryt i FC Barcelona to chyba dwa najlepsze obecnie kluby na świecie i na pewno to one rozstrzygną między sobą sprawę mistrzostwa Hiszpanii. Oba mają na tyle mocny skład, że nawet bez transferów ich hegemonia nie powinna być zagrożona. Mimo to zarówno na Santiago Bernabeu, jak i na Camp Nou, zdecydowano się ściągnąć nowe twarze i to twarze każdemu kibicowi dobrze znane. Real dopiero we wtorek sfinalizował zapowiadany od czerwca transfer Luki Modricia. 33 miliony funtów, bo tyle wydali podobno „Królewscy” na gwiazdora Tottenhamu, nie oznaczały dla działaczy z Madrytu rozbicia banku. Nie zbankrutowała też Barcelona, mimo ściągnięcia Jordiego Alby i Alexandre Songa.

Na tę chwilę wydaje się jednak, że oba kluby zakończyły już wzmacnianie swojego składu. Reakcją na słabe wyniki Realu na początku sezonu było właśnie pozyskanie Modricia, Barcelona ma natomiast aż za mocną kadrę, w której nawet wspomniany Song może długimi momentami siedzieć na ławce rezerwowych. Ostatnio mówiło się o tym, że Tito Vilanova chciałby sprowadzić do siebie jeszcze jednego stopera. Wydaje się jednak, że trójka Puyol – Pique – Mascherano, a w odwodzie młody Marc Bartra, szkoleniowcowi „Dumy Katalonii” zdecydowanie wystarczy.

ale mogą sprzedawać

Prawdopodobnie nie zobaczymy więc tego lata już nikogo nowego w białej lub granatowo-bordowej koszulce. Ale oba kluby zapewne uszczuplą swoje składa. Zgodę na opuszczenie Barcelony na zasadzie wypożyczenia otrzymał Ibrahim Afellay i obecnie walczy o niego kilka klubów z Anglii, takich jak Arsenal, Liverpool czy Tottenham. Real, wobec sprowadzenia Modricia, może oddać natomiast Kakę. Ale o tym później.

Kończąc temat hiszpański, nie zamierzam zahaczać o Valencię i Atletico Madryt, bo one większych zmian zapewne nie dokonają. Wyprzedaż wciąż grozi jednak Maladze, a jest ona przesądzo w ekipie Athleticu Bilbao. Z tego pierwszego klubu odejść mogą Enzo Maresca, Nacho Monreal, Jeremy Toulalan czy Eliseu. Z drugim natomiast prawdopodobnie pożegnają się dwie największe gwiazdy.

Baskowie nie wybaczają

Javi Martinez i Fernando Llorente przyszłości w Bilbao już nie mają. Są teraz zapewne najbardziej zestresowanymi ludźmi w całej Hiszpanii, bo jeśli nie uda im się sfinalizować swoich transferów do końca tego okienka, mogą spisać na straty cały sezon. Obaj dogadali się ponoć z nowymi klubami – odpowiednio Bayernem Monachium i Juventusem Turyn. Wciąż porozumieć w sprawie kwot odstępnego nie mogą się jednak same zespoły. Tymczasem znani ze swej porywczości fani Athleticu Martineza i Llorentego ciepło już nie przyjmą. Gdy ktoś o takim statusie w zespole wręcz wymusza na działaczach odejście, z bohatera zamienia się we wroga. Jeśli dwaj uczestnicy EURO 2012 nie zdążą przed czasem podpisać kontraktów z Bayernem i Juventusem, na San Mames może ich czekać prawdziwe piekło.

Szejkowie funtów żałują

Chyba największą niespodzianką tego okienka transferowego jest bierna postawa Manchesteru City. Klub, zbudowany właściwie od podstaw za pieniądze szejków, pozyskał jedynie Jacka Rodwella z Evertonu, co i tak było odpowiedzią na żale, wylewane w prasie przez trenera Roberto Manciniego. W zasadzie trudno się Włochowi dziwić – w końcu konkurencja do tytułu mistrzowskiego, czyli Chelsea i Manchester United, bardzo się wzmocniła. Wiele wskazuje więc na to, że to nie koniec transferów na Etihad Stadium. Pewne jest już przyjście Scotta Sinclaira ze Swansea, ale kibice „The Citizens” wciąż czekają na jakiś spektakularny zakup, a do takich właśnie przyzwyczaili szejkowie. Daniele De Rossi z Romy do Anglii przechodzić nie chce, ale na nim świat się nie kończy. Być może na sam koniec okienka włodarze sprawią fanom prezent w postaci wielkiego wzmocnienia. W końcu pieniędzy na pewno im nie brakuje.

Wspomniane Chelsea i United zaskoczyły chyba samych siebie rozmiarem dokonanych wzmocnień. Teraz zapewne nie myślą więc o kolejnych transferach do klubu, a ewentualnie o sprzedaży zawodników, dla których po prostu brakuje już miejsca w składzie, a którzy mogliby równocześnie podreperować nieco budżet. Ze Stamford Bridge odejść może Florent Malouda, bo konkurencja na skrzydłach jest już tak duża, że Francuz prawdopodobnie w całym sezonie nie powąchałby murawy. O opuszczeniu Londynu myślą też Yossi Benayoun i Daniel Sturridge. Z kolei z Manchesteru mogą odejść Nani, Anderson i Dymitar Berbatow.

Coraz więcej wskazuje na to, że ostatecznie nie dojdzie do transferu Hulka. Brazylijczyk z FC Porto był już podobno o krok od Chelsea, ale sprowadzenie Victora Mosesa – choć to nie klasyczny napastnik – może świadczyć o tym, że negocjacje upadły. Sam Hulk jest zdeterminowany, by opuścić Portugalię, być może więc w akcie desperacji przeniesie się nawet do Zenitu Sankt Petersburg. Co prawda agent zawodnika zaprzeczył tym doniesieniom, ale jeśli Rosjanie wyłożą 50 milionów euro – a ponoć są w stanie tyle zaoferować – oferta będzie należała do kategorii tych nie do odrzucenia. Zenit poważnie interesuje się też podobno Nanim.

Znaleźć następcę Modricia

 Pieniędzy włodarze Tottenham Hotspur mają mnóstwo, bo przecież Chorwata za bezcen nie oddali. Kiepskie wyniki na początku sezonu nie pozwalają tymczasem na opuszczenie rynku transferowego tylnymi drzwiami. Trener Andre Villas-Boas najbardziej chciałby mieć u siebie Joao Moutinho, z którym odnosił sukcesy w FC Porto. Jeśli nie uda się ściągnąć Moutinho, opcją rezerwową jest Yann M'Vila ze Stade Rennes, który jest już na tyle rozpoznawalnym piłkarzem, że pozostanie w ekipie francuskiego przeciętniaka na pewno mu się nie uśmiecha. Ostatecznością byłoby sprowadzenie Andersona z Manchesteru United, którego umiejętności znacząco odbiegają jednak od poziomu Luki Modricia.

Wreszcie Tottenham stara się o Afellaya, o którego walczy z Liverpoolem i Arsenalem. Arsenal tymczasem raczej już się nie wzmocni. Znając trenera Wengera i jego niechęć do wydawania pieniędzy, francuski menedżer o nikogo nie będzie jakoś specjalnie zabiegał. Gdyby udało się pozyskać M'Vilę, na pewno z chęcią przygarnąłby swojego rodaka – w końcu potrzebuje następcy Alexandre Songa. Ale skoro sam uważa, że na pozycję defensywnego pomocnika wystarczają mu Abou Diaby i Francis Coquelin, nie mamy więcej pytań i płynnie przechodzimy do ligi włoskiej.

Kaka panem X?

Dyrektor sportowy Milanu, Adriano Galliani przyzwyczaił kibiców do tego, że w ostatnich dniach okienek transferowych dokonuje zaskakujących transferów „last minute”. W ten sposób na San Siro trafił niegdyś Zlatan Ibrahimović, na tej samej zasadzie do klubu przeszedł Robinho. Teraz „tajemniczym” wzmocnieniem, dokonanym w ostatniej chwili, może być Kaka. Ironia wyrażana cudzysłowem jest tu niemała, bo o możliwości powrotu Brazylijczyka do Mediolanu media trąbią od dobrych kilku tygodni. Sprowadzenie do Realu Madryt Modricia sprawia, że Kaka będzie miał jeszcze mniejsze szanse na regularną grę na Santiago Bernabeu i zapewne chciałby wrócić do Milanu, w barwach którego uznawany był kiedyś za najlepszego piłkarza świata.

Kibice na San Siro domagają się też zainwestowania pieniędzy, zarobionych na sprzedaży Thiago Silvy i Ibrahimovicia, na kupno następców tych graczy. Ale o środkowym obrońcy i wysuniętym napastniku wciąż cicho. Jeśli działacze myśleli, że sprowadzeniem na mało korzystnych warunkach będącego bez formy Giampaolo Pazziniego załatają dziurę w ataku, grubo się mylili. Pierwszy mecz ligowy z Sampdorią Genua, przegrany 0:1, pokazał, że kadra Milanu jest wybrakowana. Kto jeszcze może zasilić „Rossonerich”? Nie będę nawet wymieniał nazwisk kandydatów, bo ich ilość jest porównywalna do ilości krzesełek na stadionie San Siro.

Llorente ponad wszystko

Działacze Juventusu Turyn napastnika szukają natomiast na przysłowiowy gwałt. A są w tej kwestii bardzo wybredni. Mogli mieć Edina Dżeko czy kilku innych snajperów, ale są zdeterminowani, by ściągnąć Fernanda Llorente. Wydaje się, że temat transferu reprezentanta Hiszpanii będzie dominował w najbliższych dniach w sportowych mediach. Rozbieżności finansowe są ponoć wciąż bardzo duże, ale nie takie kompromisy w futbolu już osiągano. Być może w związku z urazem Lucio turyńczycy poszukają nowego środkowego obrońcy, lecz nie wydaje się to konieczne – w końcu mają Leonardo Bonucciego, Giorgio Chielliniego, Andreę Barzaglego i powracającego do zdrowia Martina Caceresa. Okienko transferowe na pewno zakończył już natomiast Inter Mediolan, przynajmniej w kwestii zakupów. Ostatnio na Stadio Giuseppe Meazza przybyli Antonio Cassano, Walter Gargano i Alvaro Pereira, co ma pomóc „Nerazzurrim” w walce o odzyskanie tytułu mistrzowskiego.

PSG znów zaskoczy?

Zasoby finansowe szejków władających Paris Saint-Germain wydają się niewyczerpane. Działacze francuskiego potentata postępują tak, jak niektóre kobiety – gdy mają zły nastrój, idą na zakupy. W dobrych humorach nikt na Parc des Princes być nie może, bo trzy remisy na początku sezonu są wynikiem znacznie odbiegającym od oczekiwań. Być może wicemistrzowie Ligue 1 spróbują pozyskać jeszcze Maicona, a być może zaoferują kosmiczne pieniądze za innego zawodnika, którego na razie media nie łączą ze zmianą barw. Działaczom PSG wolno chyba wszystko, zresztą, kto bogatemu zabroni?

Bayern Monachium okienko zakończy ściągnięciem Javiego Martineza, Borussia Dortmund raczej się już nie wzmocni. Ale na rynku transferowym nic tak naprawdę nie jest pewne. Z wieloletniego doświadczenia znamy różne tricki menedżerów. Wiadomo, że czasem twarde i zdecydowane „nie” znaczy tyle, co „tak”. Przecież Arsene Wenger jeszcze tydzień przed pozyskaniem Santiego Cazorli mówił, że nie zna tego piłkarza. A zatem, może jest jedna pewna rzecz: jasne i oczywiste jest to, że 31 sierpnia do samej północy będziemy z wypiekami na twarzy oczekiwać kolejnych nowinek transferowych.  

Czytaj więcej o: Anglia, Hiszpania, Francja , Niemcy, Włochy, Transfery, Felietony

Podziel się tym artykułem ze znajomymi

Skomentuj przez Facebooka

Treści o podobnej tematyce:

  • A ja kocham Ligę Mistrzów

    Już jutro „kaszanka” wybrzmi po raz kolejny, a na boiska rozsiane po całej Europie wybiegną piłkarze tak różni od siebie, jak warunki atmosferyczne panujące we wszechświecie. Łączy ich jeden cel: chęć zwycięstwa. Jednak w meczu po trzy punkty może sięgnąć tylko jeden zespół, ale spokojnie, w Champions League zawsze jest szansa na rewanż. Zatem zaczynamy!

    czytaj więcej
  • Tramwaj zwany pożądaniem

    Jadę przeludnionym, starym tramwajem. Na dworze upał. Pot spływa mi po czole, bo oczywiste jest to, że w taką pogodę musiała zepsuć się klimatyzacja. Wszyscy czują to samo. Smród. Sytuacja idealna do głębszych przemyśleń; często wypowiadanych na głos. Krysia mówi o promocji w Biedrze, Marysia wspomina o nieudanej randce, Marian natomiast ma problem z samochodem – z jakiś niewyjaśnionych, pewnie kosmicznych przyczyn, nie chce odpalić w sytuacjach kryzysowych. Nie do końca wiem, jakie to są sytuacje. Wiem natomiast, że nie tylko samochód Mariana nie chce ruszyć w takowych kryzysowych momentach.

    czytaj więcej
  • Świnia jest świnią, lecz nie dla niego

    Białe jest białe, a czarne jest czarne. Tak widzi świat większość z nas. Jednym z nielicznych, który wyróżniał się na tle wszechobecnej nijakości był Paweł Zarzeczny. Człowiek niebaczący na przeciwności losu oraz ograniczenia. Łamał konwenanse i nie naśladował nikogo. Był po prostu sobą.

    czytaj więcej
  • Kac Wawa

    Niech wynik 2:2 nikogo nie zwiedzie. To nie było tak, że Legia odpadła po heroicznym boju, gdzie zabrakło tego jednego gola. To nie było tak, że miała zwyczajnie pecha, jak w ostatnich latach Wisła Kraków. W Warszawie Steaua poprowadziła lekcję gry w piłkę.

    czytaj więcej
  • Strach się bać

    Legia w meczu ze Steauą Bukareszt przypominała nieco reprezentację Polski Franciszka Smudy – dobrze zagrała tylko w jednej połowie. Tym razem ta połowa wystarczyła, by z Rumunii przywieźć naprawdę obiecujący wynik.

    czytaj więcej

Komentarze (13)

Komentarze są domyślnie ukryte dla niezalogowanych

Pokaż komentarze