Gwiazda tygodnia: Luis Suárez

Autor: Tomasz Delimat | 19.11.2012 12:03 | komentarzy: 15 | kategoria: Gwiazda tygodnia |

Często mówi się, że zawodnik jest w stanie „w pojedynkę wygrać mecz” dla swojej drużyny. Zdanie to nabiera zwykle kształtu mocno hiperbolicznego, ale w przypadku Luisa Suareza najbliższe jest chyba swojego dosłownego znaczenia. Obecny Liverpool FC bez Urugwajczyka nie mógłby istnieć.

Trochę to podejrzane, na pierwszy rzut oka, że Gwiazdą Tygodnia zostaje akurat Suárez. W środę cztery bramki, w tym jedną już teraz zaliczaną do najlepszych w historii, zdobył w starciu z Anglią Zlatan Ibrahimović. W sobotę Stephan El Shaarawy wydarł dla Milanu remis w praktycznie przegranym meczu z Napoli. Gdy dołoży się do tego fakt, że autor tekstu jest zadeklarowanym fanem Liverpoolu, zasadne mogą się już wydawać oskarżenia o piłkarski nepotyzm. Ale ten właśnie Liverpool w tej chwili wychodzi na prostą, a Urugwajczyk kładzie cement na tę – asfaltową wreszcie – drogę.

Za kobietą do Europy

Początki kariery Luisa Suareza

Luis Suárez urodził się 24 stycznia 1987 roku w miejscowości Salto. Mając 7 lat przeprowadził się jednak do Montevideo i to tam rozpoczęło się jego piłkarskie życie. W dostatki nie opływał, co nie może dziwić zważywszy na fakt, że miał sześcioro rodzeństwa. Ale od małego potrzebował w zasadzie tylko piłki i odrobiny miejsca do gry. Jak sam podkreśla, w wieku czterech lat biegał szybciej z piłką przy nodze, niż bez niej. Jego talent został w końcu zauważony przez działaczy stołecznego Nacionalu, w którym rozwój kariery Suareza nastąpił błyskawicznie. Mając 16 lat był już członkiem zespołu seniorów, a dwa lata później świętował pierwsze mistrzostwo Urugwaju. Poniższy filmik przedstawia jego gole dla Nacionalu.

Choć umiejętności zawodnika były bardzo wysokie, Luis Suárez sprawiał sporo problemów wychowawczych. Grając jeszcze na szczeblu młodzieżowym, w wieku piętnastu lat został raz ukarany czerwoną kartką za wymierzenie sędziemu ciosu głową – takiego ciosu, jakiego dopuścił się w 2006 roku Zinedine Zidane wobec Marco Materazziego. Młody piłkarz był też widywany w nocnych klubach, gdzie nie stronił od alkoholu. Nie da się więc nie zauważyć, że bardzo wcześnie „podpadł” wielu ludziom. Nie to było jednak główną przyczyną jego szybkich przenosin do Europy. Gdy jego ówczesna narzeczona, a obecnie żona Sofia zamieszkała w Barcelonie, zawodnik postanowił, że skorzysta z pierwszej nadarzającej się okazji wyjazdu na Stary Kontynent. Nie wahał się więc ani chwili, gdy w 2006 roku ofertę złożyło za niego holenderskie FC Groningen.

Suarez jako zawodnik Groningen

Holenderska kanonada

Luis Suárez sam dziś przyznaje, że początki w nowym otoczeniu były dla niego skomplikowane. Brak znajomości holenderskiego nie stanowił większego problemu, ale 19-letni gracz nie umiał mówić nawet po angielsku, co niezwykle utrudniało mu komunikację. Początkowo występował w rezerwach Groningen, szybko jednak stał się podstawowym zawodnikiem i sezon 2006/2007 skończył mając na koncie 11 goli w 33. oficjalnych spotkaniach. Wówczas zainteresował się nim najbardziej utytułowany holenderski klub – Ajax Amsterdam. Pierwsza oferta, opiewająca na 3,5 miliona euro, została odrzucona. Gdy „Die Joden” zaproponowali jednak 7,5 miliona, Groningen zdecydowało się na sprzedaż młodego gwiazdora.

Przygodę Luisa Suareza z Ajaksem można streścić jednym słowem: gol. Urugwajczyk strzelał jak na zawołanie. W pierwszym sezonie w Amsterdamie zdobył w lidze 17 bramek, w drugim trafił 22 razy. Nie są to jednak żadne osiągnięcia w porównaniu do tego, co popularny „El Pistolero" wyczyniał w rozgrywkach 2009/2010. 33 ligowe mecze wystarczyły mu wówczas, by zdobyć... 35 goli i zostać królem strzelców Eredivisie. 23-letni wówczas zawodnik dołożył do tego 14 trafień w innych rozgrywkach i został wybrany Piłkarzem Sezonu w Holandii. Przez cały sezon nosił zresztą opaskę kapitańską, którą przejął po odejściu Thomasa Vermaelena do Arsenalu.

Kanibal Ajaksu

Objęcie przez Suareza funkcji kapitana spotkało się jednak z dezaprobatą wielu ekspertów. Choć napastnik był dla drużyny bezcenny, jego zachowanie bynajmniej nie mogło być brane przez resztę zespoły za wzór. Już w Groningen zbierał, oprócz goli, wiele kartek. Grając w Ajaksie utrzymał tę tendencję. Nieraz musiał pauzować za nadmiar żółtych kartoników, z których wiele nie było efektem zwykłych fauli. Urugwajski snajper często symulował, kłócił się z sędziami, innymi zawodnikami. Samego siebie przeszedł pod koniec 2010 roku, gdy w spotkaniu z PSV Eindhoven... ugryzł zawodnika zespołu rywali, Otmana Bakkala. Całą sytuację można zobaczyć poniżej:

Sprawa odbiła się szerokim echem w całej piłkarskiej Europie. Media nazwały Luisa Suareza „Kanibalem Ajaksu”, władze ligi nie miały natomiast skrupułów, by zawiesić krewkiego zawodnika na siedem spotkań. Koniec końców ta pauza wyszła napastnikowi... na dobre. Ale najsłynniejsza czerwona kartka, jaką otrzymał „El Pistolero”, została mu pokazana kilka miesięcy wcześniej.

Ręka Boga

Urugwaj jechał na mundial w 2010 roku w roli zespołu, którego szczytem marzeń może być wyjście z grupy. To udało się osiągnąć między innymi dzięki Luisowi Suarezowi, który zdobył jedynego gola w wygranym starciu z Meksykiem. 23-latek został też bohaterem pojedynku w 1/8 finału z Koreą Południową – strzelił oba gole w wygranym 2:1 pojedynku. Prawdziwym narodowym bóstwem stał się natomiast po spotkaniu ćwierćfinałowym. Ciężki i dramatyczny bój z Ghaną zmierzał wówczas do serii rzutów karnych, lecz w ostatniej minucie dogrywki Suárez wybił ręką zmierzającą wprost do bramki piłkę. Uratował tym samym swój zespół przed stratą gola, otrzymał jednak czerwoną kartkę, a Ghana miała rzut karny. Do piłki podszedł Asamoah Gyan, ale jego strzał poszybował nad poprzeczką, a w serii „jedenastek” lepszy okazał się Urugwaj. Popularni „Charruas” zajęli na mundialu czwarte miejsce, rok później wygrali natomiast Copa America, stając się nową wielką siłą w światowym futbolu.

Wróćmy jednak na szczebel klubowy, gdzie zawieszony na siedem spotkań Luis Suárez otrzymał propozycję nie do odrzucenia z Liverpoolu. Choć działacze Ajaksu zapowiadali, że nigdzie swojego gwiazdora nie oddadzą, oferta opiewająca na 26,5 miliona euro pozwoliła im zmienić zdanie. Pod koniec stycznia 2011 roku Suárez podpisał kontrakt z „The Reds”. Choć równolegle za znacznie większe pieniądze na Anfield Road trafił Andy Carroll, od początku pozostawał on w cieniu reprezentanta Urugwaju, który do siatki trafił już w swoim debiucie przeciwko Stoke City.

Incydent z Evrą

Luis Suárez szybko stał się kluczowym zawodnikiem Liverpoolu, sezon 2011/2012 był jednak dla tego klubu pasmem niepowodzeń. Jedynym sukcesem „The Reds” było wygranie mało prestiżowego Carling Cup, w Premier League zespół ten zajął natomiast odległe ósme miejsce, notując jeden z najgorszych wyników w historii. Dodatkowo nie brakowało kontrowersji wokół osoby Suareza. 15 października 2011 roku, podczas meczu z Manchesterem United, miał on obrazić rasistowskimi słowami Patrice'a Evrę. Sprawą zajęli się ligowi działacze, uznając Urugwajczyka winnym i zawieszając go na osiem ligowych gier. Cała sytuacja wywołała liczne dyskusje w świecie futbolu. Piłkarze Liverpoolu wsparli swojego kolegę, co oburzyło organizacje walczące z rasizmem, gdy doszło natomiast do kolejnego starcia z Manchesterem United, Suárez nie podał Evrze ręki. Choć przez cały sezon Urugwajczyk był wyróżniającym się graczem swojego klubu, o rozgrywkach 2011/2012 chciałby zapewne jak najszybciej zapomnieć.

Liverpool to on

Minionego lata na Anfield Road zatrudniony został Brendan Rodgers, którego celem stała się budowa zespołu stylem gry przypominającego Barcelonę. Wobec coraz gorszej formy Stevena Gerrarda i wielu kontuzji w zespole, Rodgers oparł zespół na młodych zawodnikach, jak Sterling, Suso czy Shelvey, oraz przede wszystkim na Luisie Suarezie. Szybko okazało się, jak wiele Urugwajczyk znaczy dla zespołu. Wypożyczenie Andy'ego Carrolla do West Hamu oraz poważna kontuzja Fabio Boriniego sprawiły, że „El Pistolero” pozostał jedynym napastnikiem w klubie. Ale nie tylko z tego względu jest on na Anfield bezcenny. Choć Liverpool jak na razie zajmuje w lidze miejsce poza pierwszą dziesiątką, nie da się nie zauważyć w grze tego zespołu tendencji wznoszącej. Suárez jest natomiast liderem klasyfikacji strzelców. To on ustrzelił hat-tricka w pojedynku z Norwich, dał zespołowi remisy w starciach z Newcastle czy Chelsea. To on rozegrał w miniony weekend kapitalną partię przeciwko Wigan, zdobywając dwa gole i sprawiając, że styl gry Liverpoolu znów był porywający. To on w końcu odsłonił braki obecnej reprezentacji Polski, której w środku tygodnia strzelił jedną z bramek w wygranym 3:1 spotkaniu towarzyskim.

Suarez cieszy się z hat-tricka strzelonego Norwich

Władający niegdyś Francją król Ludwik XIV wypowiedział słowa: „Państwo to ja”. Luis Suárez może natomiast powiedzieć w tej chwili: „Liverpool to ja”. Ten zawodnik potrafi irytować. Kwestionuje każdą decyzję arbitra, bardzo często próbuje symulować. Ostentacyjnie macha rękami, gdy ktoś nie poda mu piłki, choć sam gra egoistycznie. Sędziowie tak uodpornili się już na jego oszustwa, że praktycznie nie odgwizdują na nim fauli. Suárez to jednak prawdziwy futbolowy czarodziej. Na krótkim dystansie potrafi minąć kilka zawodników, ma instynkt strzelecki, umie uderzyć z rzutu wolnego, a przede wszystkim ciągnie do przodu cały zespół. Momentami wydaje się, że nikt w Liverpoolu nie dorasta mu do pięt, że Urugwajczyk powinien spróbować swoich sił w lepszym klubie. Ale jeśli w tym sezonie „El Pistolero” uniknie skandali i zawieszeń, może zaprowadzić klub na wymarzone czwarte miejsce.  

Czytaj więcej o: Liverpool FC, Anglia, Luis Suarez, Gwiazda tygodnia

Podziel się tym artykułem ze znajomymi

Skomentuj przez Facebooka

Treści o podobnej tematyce:

Komentarze (15)

Komentarze są domyślnie ukryte dla niezalogowanych

Pokaż komentarze