Wygrać bez oklasków

Autor: Tomasz Delimat | 25.03.2013 13:57 | komentarzy: 37 | kategoria: Felieton |

We wtorek wygramy z San Marino. To zwycięstwo nie może jednak zafałszować rzeczywistości. Choćby było i 10:0, sprawa jest prosta: reprezentacja Polski w tej chwili nie istnieje.

Mówię, że wygramy, bo łatwiej byłoby stracić punkty z reprezentacją artystów i dziennikarzy, niż z San Marino. Zespół z tego malutkiego państewka znajduje się na ostatnim, 207. miejscu w rankingu FIFA, w całej swojej historii zwyciężył tylko raz – w meczu towarzyskim z niewiele lepszym Liechtensteinem – a dla przeciwników eliminacyjnych stanowi idealną okazję do nabicia sobie punktów. I poprawienia wysokim zwycięstwem ewentualnego kiepskiego nastroju. Ale u nas uśmiech na twarzy na pewno się nie pojawi.

Pojedynek z Ukrainą był ciosem. Nasze media podały przed meczem tak wiele argumentów, dla których Polska musi wygrać, że ciężko było w nie nie uwierzyć. Stanęło na tym, że zmiażdżyła nas drużyna, która wcale nie rozegrała wielkich zawodów. Pozwoliliśmy strzelić rywalom trzy gole, więc oni skwapliwie skorzystali z tej możliwości, samemu nie trudząc się przy tym specjalnie. Środkowi obrońcy – Marcin Wasilewski i Kamil Glik – stworzyli parę stoperów z najgorszych sennych koszmarów. Słabo zagrali Boenisch, Krychowiak i Rybus, jeszcze gorzej Łukasik i Majewski, którzy mieli wystąpić bez kompleksów, a symbolizowali kompleks polskiej piłki.

Roberta Lewandowskiego pominąłem nie dlatego, że uważam, że zagrał dobrze. Po prostu chciałem poświęcić mu – temu „przemotywowanemu”, jak sam o sobie i zespole powiedział po klęsce na Narodowym – osobny akapit. Powiem wprost: nie chcę go więcej w tej kadrze widzieć. A na pewno nie z takim nastawieniem. Nie obchodzi mnie to, że zmierza po tytuł króla strzelców Bundesligi, skoro reprezentacja nie ma z niego żadnego pożytku. Niech strzela dla Borussii i pięć goli w każdym meczu, tam będą go kochać, ale jeśli z orzełkiem na piersi do siatki nawet nie próbuje trafiać, to szkoda dla niego miejsca w kadrze. Zawsze znajdą się ludzie, którzy będą jak mantrę powtarzać, że w reprezentacji Lewandowski nie ma z kim grać. Świetne usprawiedliwienie. Szczególnie w przypadku napastnika podobno światowej klasy, wartego według niektórych 40 milionów euro, przymierzanego do Bayernu czy Manchesteru United, a przez jednego z „ekspertów” do Barcelony.

Od Roberta Lewandowskiego Waldemar Fornalik istotnie powinien rozpocząć ustalanie składu na San Marino. Ale nie od desygnowania „Lewego” do ataku, lecz od pokazania mu, gdzie na Stadionie Narodowym jest ławka rezerwowych. Napastnik Borussii powinien marznąć na niej przez pełne 90 minut i zobaczyć w końcu, że to nie kadra jest dla niego, ale on dla kadry. I że nikt na siłę nie będzie go powoływał. Lewandowski zapewne zagra we wtorek od początku, strzeli dwa czy trzy gole i niektórzy stwierdzą, że oto nasz snajper przełamał się w narodowych barwach, że znów błyszczy jak w Dortmundzie. Sam piłkarz chce zresztą chyba podnieść rangę swych ewentualnych trafień, mówiąc w wywiadzie, że „to wcale nie będzie łatwe spotkanie”. Ale prawda jest taka, że przed meczem z San Marino powinno się ogłosić sms-owy konkurs „Zostań reprezentantem”, w którym zwycięzca wylosowałby występ w ataku. Gwarantuję, że nawet Adamiakowa strzeliłaby gola.

Przed meczem z San Marino kilku piłkarzom trzeba było powiedzieć, by pakowali walizki i wracali do swoich klubów, tam, gdzie są ponoć tak ważnymi ogniwami. We wtorek powinni wystąpić rezerwowi. Chciałbym zobaczyć w środku obrony Bartosza Salamona, na skrzydle Jakuba Koseckiego, w ataku Łukasza Teodorczyka. Chciałbym zobaczyć piłkarzy, którzy grę dla narodowych barw potraktują jak nobilitację, a nie smutną konieczność. Zgadzam się też (co rzadko mi się zdarza) z Wojciechem Kowalczykiem, a konkretnie jego słowami dla „Super Expressu”. Były reprezentant Polski powiedział, że starcie z San Marino powinno się odbyć przy pustych trybunach i bez telewizyjnych kamer. – Z takiego meczu wnioski mógłby wyciągać tylko przygłupi trener i przygłupi piłkarze – trafnie skwitował.

Żadne zwycięstwo, nawet bardzo okazałe, nie ma prawa poprawić naszych nastrojów. Wolałbym, byśmy wymęczyli jakieś 1:0, bo wtedy nikt nie odwróci uwagi od problemu. Waldemar Fornalik to bez wątpienia człowiek bardziej inteligentny, niż Franciszek Smuda, ale ostatnie mecze pod jego wodzą są prawdziwą tragedią. O ile o towarzyskich klęskach 1:3 z Urugwajem i 0:2 z Irlandią szybko zapomnieliśmy, o tyle powielenie tych błędów w starciu z Ukrainą być może będzie nas kosztować awans do mistrzostw świata. Ale jeśli ktoś myśli, że zwolnienie trenera da jakiś efekt, myli się. Zacząć trzeba od piłkarzy, mądrych tylko po meczu, gdy szukają dyplomatycznych wymówek. Na przykład Obraniaka, mającego przy wejściu z ławki taką minę, jakby właśnie oklapła mu misternie układana fryzura. No i rzecz jasna Lewandowskiego, który na poranny sobotni trening nie wyszedł, bo „poobijali go Ukraińcy”. Chyba w szatni po końcowym gwizdku.

A może warto wreszcie zdać sobie sprawę z naszego miejsca w szeregu? Rok 1974 już był. Prawie czterdzieści lat temu.  

Czytaj więcej o: Felietony, Polska, Robert Lewandowski, Ukraina

Podziel się tym artykułem ze znajomymi

Skomentuj przez Facebooka

Treści o podobnej tematyce:

Komentarze (37)

Komentarze są domyślnie ukryte dla niezalogowanych

Pokaż komentarze