Hegemon Monachium

Autor: Tomasz Delimat | 27.05.2013 21:14 | komentarzy: 39 | kategoria: Felieton |

Bayern Monachium rządzi europejską piłką. Ale nie dlatego, że właśnie wygrał Ligę Mistrzów – to byłoby zbyt banalne. Bayern rządzi dlatego, że ma siłę, by stać się hegemonem na lata.

Nie od dziś wiadomo, że „sport” i „sprawiedliwość” to pojęcia, które nie akceptują się nawzajem. W większości wypadków zwycięzca turnieju i ten, kto na to zwycięstwo zasłużył, to zupełnie inne zespoły. Jednak w tym roku – nawet jeśli sercem wspieraliśmy Borussię – triumfatorem mógł zostać tylko Bayern. Władze tego klubu od kilku lat konsekwentnie realizują politykę, którą wystarczy określić jednym przymiotnikiem: mądra. Monachijski zespół notuje galaktyczny sezon, a jeśli jego działaczy nadal będzie cechować kluczowa arystotelejska cnota, ma szansę na lata wysunąć się przed resztę kontynentu.

 

Na początek ustalmy: finał nie jest meczem piłkarskim. To nie jest typowe spotkanie, które można analizować pod względem taktycznym, to nie 90 minut, z których należy wysnuwać wnioski na temat umiejętności poszczególnych piłkarzy. Finał to wojna tylko i wyłącznie charakterów. Jeśli już ktoś doszedł do tego ostatniego starcia, to znaczy, że mocy mu nie brakuje. Zwycięzcą zostanie jednak ten, kto będzie w stanie lepiej poradzić sobie z presją, kto udźwignie ciężar wszelkich przychylnych i nieprzychylnych oczu – a przecież są ich miliony – i kto w decydującym momencie zwyczajnie zachowa koncentrację. Taki Dante, obrońca praktycznie idealny, popełnił w sobotnim pojedynku z Borussią idiotyczny błąd, który kosztował Bawarczyków utratę gola, a jego samego powinien kosztować drugą żółtą kartkę i wyrzucenie z boiska. Ale Bayern wygrał, bo genialne partie rozegrali Javi Martinez i Jerome Boateng, bezbłędny w bramce był Manuel Neuer, a i z przodu znaleźli się ostatecznie ludzie, którzy byli w stanie wykorzystać wystarczającą ilość sytuacji.

 

Dlaczego o tym wszystkim mówię? Bo w ostatnich pięciu latach Bayern był w finale Ligi Mistrzów trzy razy! To więcej, niż tak gloryfikowana Barcelona, która w tym okresie do bezpośredniego starcia o Puchar Europy zakwalifikowała się dwukrotnie. Katalończycy za każdym razem pewnie jednak wygrywali, tymczasem zespół z Monachium sięgnął po triumf dopiero teraz, przełamując straszną finałową niemoc. Łzy szczęścia w oczach Arjena Robbena po starciu z Borussią były najbardziej szczerymi, jakie można sobie wyobrazić. Ten facet przegrał w życiu wszystko, co było do przegrania, z dwoma finałami Champions League i meczem o mistrzostwo świata na czele. Za każdym razem był dodatkowo najbardziej krytykowanym zawodnikiem na boisku: w batalii Holandii z Hiszpanią zmarnował dwie stuprocentowe sytuacje, w zeszłorocznym pojedynku z Chelsea przestrzelił w dogrywce karnego. W sobotę też nic mu nie szło, partaczył okazję za okazją. Aż wreszcie los zwrócił mu to, co tak długo zabierał i to właśnie Robben został bohaterem finału, zdobywając w końcówce gola na wagę triumfu. Dobrze się zresztą złożyło, bo Holender nie zasłużył na to, by być zapamiętanym jako przegrany.

 

Przykład Arjena Robbena jest lustrzanym odbiciem metamorfozy Bayernu, jaka nastąpiła w ostatnich latach. Klub z Allianz Arena od dobrych kilku sezonów należał do ścisłej europejskiej czołówki, ale brakowało mu tego pierwiastka, którego nie brakowało na przykład Barcelonie: pewności siebie. Gdy nadszedł dzień finału, brakowało zaufania swojej taktyce, wierności prezentowanym boiskowym wartościom. Teraz, na sam koniec swojej szkoleniowej kariery, Jupp Heynckes zbudował zespół złożony wyłącznie z ludzi pewnych swoich umiejętności. Ludzi, którzy na mecze z Barcą wyszli tak naładowani, że podali piłkarskiemu środowisku na tacy argumenty mówiące o wyższości niemieckiej konsekwencji nad hiszpańską finezją. I sami napisali pierwszy punkt w dyskusji, jakiej nie unikniemy: czy Bundesliga właśnie stała się najsilniejszą ligą świata?

 

W okresie, w którym kryzys finansowy dotyka także kluby piłkarskie, władze Bayernu stosują przemyślaną, inteligentną strategię. Nie zadłużają się na grube miliony, tak jak to robią niektóre kluby na poczet odnoszenia chwilowych sukcesów, lecz każdą decyzję podejmują mając na uwadze najbliższych kilka lat. Monachijczycy są w tej chwili chyba jedynym zespołem z górnej półki, który regularnie notuje zyski. Bayern obraca rocznie kwotą rzędu 330 milionów euro, a wszelkie posiadane pieniądze umie dobrze wykorzystać. Gdy minionego lata kupował za 40 milionów Javiego Martineza, nawet prezes Uli Hoeneβ przyznał, że to kwota o jakieś 10 milionów zbyt wysoka. Ale od razu dodał, że Bayern po prostu Martineza potrzebował. I choć Hiszpan nie miał najlepszego początku, ostatecznie bez niego o zwycięstwo w Lidze Mistrzów byłoby znacznie ciężej. Klub z Allianz Arena potrafi też ogołocić z największych atutów krajową konkurencję. I tak z Schalke sprowadzony został Neuer, a z Borussii przyjdą za chwilę Mario Götze i Robert Lewandowski. I nawet jeśli Jürgen Klopp będzie się pieklił, że jego asy dezerterują do zespołu największego rywala, nie zmieni faktu, że po prostu chcą tam przejść.

 

Gdy do całej perfekcyjnie funkcjonującej machiny dołoży się wychowanków, takich jak Philipp Lahm, Bastian Schweinsteiger czy Thomas Müller, można dojść do prostego wniosku: Bayern to najlepiej zorganizowany klub świata. Strach pomyśleć co będzie, jeśli sprawdzą się słowa Matthiasa Sammera, który obejmując niespełna rok temu posadę dyrektora sportowego w Monachium powiedział, że w okresie 3-5 lat stworzony zostanie znacznie lepszy system szkolenia. Jeśli słowa Sammera się sprawdzą, będziemy mieli do czynienia z klubem-przedsiębiorstwem, perfekcyjnym w każdym calu, a dodatkowo z roku na rok podnoszącym własnej perfekcji poprzeczkę i – co w całej sprawie kluczowe – do tej nowej poprzeczki doskakującym.

 

Lada dzień Bayern sięgnie po trzeci w tym sezonie skalp, bo Stuttgart w finale Pucharu Niemiec zapewne nie nawiąże nawet walki. Na Allianz Arena powędrują więc wszystkie trofea, które można było w tym roku wygrać. A od nowego sezonu na monachijskiej ławce zasiadać będzie Josep Guardiola, człowiek, który stworzył ostatnio potęgę Barcelony. Potęgę, którą właśnie detronizuje Bayern, a Guardiola będzie musiał – cóż za tragizm sytuacji – tę detronizację potwierdzić. Znajdzie się swoją drogą pod wielką presją, bo osiągnięcia wielkiego, acz niepozornego Juppa Heynckesa nie będzie w stanie już poprawić. Może je co najwyżej powtórzyć.

 

Bayern wcale nie musi wygrać za rok Ligi Mistrzów. Może od czasu do czasu notować porażki, kibice mogą nawet stęsknić się za Heynckesem. Pewne jest jednak, że jeśli władze z Allianz Arena nie zepsują tego, co tak konsekwentnie ostatnio budowały, stworzą dynamit zdolny do wypalenia właściwie na życzenie.

Czytaj więcej o: Liga Mistrzów, Bayern Monachium, Niemcy, Felietony

Podziel się tym artykułem ze znajomymi

Skomentuj przez Facebooka

Treści o podobnej tematyce:

Komentarze (39)

Komentarze są domyślnie ukryte dla niezalogowanych

Pokaż komentarze