Strach się bać

Autor: Tomasz Delimat | 22.08.2013 09:32 | komentarzy: 3 | kategoria: Felieton |

Legia w meczu ze Steauą Bukareszt przypominała nieco reprezentację Polski Franciszka Smudy – dobrze zagrała tylko w jednej połowie. Tym razem ta połowa wystarczyła, by z Rumunii przywieźć naprawdę obiecujący wynik.

Pierwsze 45 minut swoich spotkań Legia regularnie zawala. Tak było w Walii, gdzie The New Saints prowadziło do przerwy 1:0, a mogło prowadzić wyżej. Jak się skończyło? Nagłą metamorfozą i zwycięstwem 3:1. Tak było w Norwegii, gdzie w pierwszej połowie starcia z Molde mistrzowie Polski wyglądali jak zagubione dzieci we mgle. 0:1 do przerwy znów było najniższym wymiarem kary, a w drugiej części ponownie udało się strzelić gola i przywieźć korzystny rezultat. Scenariusz powtórzył się w meczu ze Steauą.

Początek meczu w Bukareszcie przypomniał mi wszystkie te lata, w których boleśnie zdawałem sobie sprawę, jak bardzo polski zespół nie pasuje do fazy grupowej Ligi Mistrzów. 50 tysięcy rumuńskich kibiców swoje piekło zaczęło jeszcze przed rozpoczęciem meczu, gdy sędzia z powodu ich przeraźliwych gwizdów przedwcześnie musiał zakończyć minutę ciszy – poświęconą, co najciekawsze, byłemu piłkarzowi Steauy. Kiedy Nicola Rizzoli dał natomiast sygnał do rozpoczęcia gry, piekło z trybun przeniosło się na murawę. Gospodarze doskonale wiedzieli, że Legię należy po prostu przestraszyć.

Przestraszyli nas wszystkich. Piłkarze Steauy biegali tak, jakby przed meczem zaaplikowali sobie dożylnie po dziesięć Red Bulli, a wszyscy dziennikarze mówiący o wyrównanych umiejętnościach Rumunów i Legii zaczynali zdawać sobie sprawę, że jednak nie obejrzeli w wykonaniu Steauy ani jednego meczu. Wymuszona zmiana Tomasza Jodłowca, za którego wszedł Łukasz Broź, bynajmniej nie uspokoiła gry warszawskiego zespołu, a stroną byłego gracza Widzewa zaczęły sunąć najgroźniejsze akcje. W końcu stało się to, co stać się musiało – padł gol.

I zapewne padłyby kolejne, gdyby nie fakt, że na boisku w szeregach Legii było kilku dobrze dysponowanych piłkarzy. Najbardziej zaskoczył mnie Jakub Wawrzyniak, do którego umiejętności podchodzę zawsze z ogromnym dystansem. Pewne braki w zwrotności są nie do przeskoczenia, ale w grze defensywnej reprezentant Polski był praktycznie bezbłędny. Oczywiście raz poślizgnął się, prokurując bardzo groźną sytuację, ale to akurat zdarza mu się w każdym meczu. Dobrze spisał się też Dossa Junior, nie odstawał Jakub Rzeźniczak. Słabym punktem defensywy był Broź, ale to było tak naprawdę pierwsze poważne spotkanie w jego karierze. A w bramce stał jak zawsze niezawodny Dusan Kuciak.

Kolejne gole nie padły natomiast przede wszystkim dlatego, że ktoś kiedyś wymyślił przerwę. To niby tylko 15 minut, ale dla Legii ten czas po raz kolejny okazał się zbawienny. Nie wiem, czy Jan Urban specjalnie odkłada rozmowę motywacyjną, ale na drugą połowę zawsze wypuszcza odmieniony zespół. Nawet Michał Kucharczyk, który w pierwszej połowie notował wyłącznie straty, w drugiej części zaczął grać o niebo lepiej.

Gdy piłkarze Steauy zastanawiali się jeszcze, czy aby na pewno w przerwie nie podmieniono przeciwnika, Legia przeprowadziła kontratak i wyrównała po precyzyjnym podaniu najlepszego na boisku Miroslava Radovicia. Chwilę później Jakub Kosecki strzelił swoją drugą tego dnia bramkę, ale minimalny spalony nie pozwolił na jej uznanie. Co jednak najważniejsze, mistrzowie Polski zyskali pewność siebie. Odważnie wychodzili do przeciwników, przerywali większość ich akcji, zmuszali Rumunów do błędów. Porzucili strach, który towarzyszył im w pierwszej połowie.

I osiągnęli świetny wynik. W Warszawie do awansu wystarczy bezbramkowy remis, a środowy mecz pokazał, że Steauę można nawet ograć. Jeśli tylko Legia wyjdzie tym razem na boisko w 1., a nie 45. minucie, faza grupowa Ligi Mistrzów powinna być nasza. Mam wrażenie, że w tych eliminacjach mistrzowie Polski mogą liczyć na pomoc szczęścia.

Czytaj więcej o: Rumunia, Felietony, Polska, Steaua Bukareszt, Steaua - Legia 2013-08-21

Podziel się tym artykułem ze znajomymi

Skomentuj przez Facebooka

Treści o podobnej tematyce:

  • A ja kocham Ligę Mistrzów

    Już jutro „kaszanka” wybrzmi po raz kolejny, a na boiska rozsiane po całej Europie wybiegną piłkarze tak różni od siebie, jak warunki atmosferyczne panujące we wszechświecie. Łączy ich jeden cel: chęć zwycięstwa. Jednak w meczu po trzy punkty może sięgnąć tylko jeden zespół, ale spokojnie, w Champions League zawsze jest szansa na rewanż. Zatem zaczynamy!

    czytaj więcej
  • Pewne zwycięstwo i awans Sportingu CP

    W pierwszym meczu tej rywalizacji nie zobaczyliśmy bramek. Na Estádio José Alvalade stroną dominującą byli gospodarze, ale warto przypomnieć, że to drużyna FCSB miała dogodniejsze sytuacje do strzelenia bramek.

    czytaj więcej
  • Jesus: Jesteśmy dobrze przygotowani

    Szkoleniowiec Sportingu nie obawia się o formę swoich podopiecznych w starciu z FCSB.

    czytaj więcej
  • Dică: Trzeba przyjąć taką samą postawę jak w pierwszym meczu

    Opiekun FCSB na konferencji przedmeczowej podkreślał, że jego piłkarze muszą wyjść na boisko z takim samym nastawieniem, jak przed tygodniem, gdy padł bezbramkowy remis.

    czytaj więcej
  • Trudna sytuacja Sportingu CP przed rewanżem w Bukareszcie

    Sporting CP, mimo tego, że był zdecydowanym faworytem w meczu z wicemistrzem Rumunii, nie zdołał strzelić bramki, a mecz zakończył się bezbramkowym remisem.

    czytaj więcej

Komentarze (3)

Komentarze są domyślnie ukryte dla niezalogowanych

Pokaż komentarze