Rzeczywistość vs Oczekiwania 1:0

Autor: Patryk Prokulski | 21.03.2014 02:03 | komentarzy: 5 | kategoria: Felieton |

Nikt z nas nie lubi przeżywania zawodu. Czasem staramy się nie robić sobie nadziei i nie nastawiać za mocno, ale tak czy inaczej rozczarowania bolą. Czasem to będzie nieudana rozmowa o pracę, innym razem zawalona randka z dziewczyną. Nas, kibiców futbolu, dodatkowo bolą mecze, na które ostrzymy sobie zęby, a które przynoszą tyle emocji, co starcie Tłoków Gorzyce z Pelikanem Łowicz.

Już po pierwszych meczach 1/8 finału Ligi Mistrzów czułem, że to najnudniejszy początek fazy play-off Champions League od lat. A że pamięć może zawodzić, wsparłem się dla pewności przeglądem poprzednich lat. I rewanże, i wyniki z poprzednich sezonów utwierdziły mnie w przekonaniu – tak źle nie było co najmniej od początku rządów nad Wisłą Sami-Wiecie-Kogo (podpowiem, że nie chodzi o prezydenta).

Po grudniowym losowaniu wydawało się, że kibice chwycili Pana Boga (a może Łysego z UEFY?) za nogi. Czekały nas ponad dwa ciężkie miesiące rozłąki z najlepszymi klubowymi rozgrywkami, ale powrót zapowiadał się wyśmienicie – starcia Arsenalu z Bayernem i Manchesteru City z Barceloną okrzyknięto przedwczesnymi finałami. I wtedy, tuż po losowaniu, mało kto mógł podważyć tę opinię. Arsenal grał wszak dużo lepiej niż rok temu, gdy, bądź co bądź, okazał się najtrudniejszą przeszkodą Bawarczyków w drodze do finału, a Manchester City wreszcie pokazywał swój cały potencjał nie tylko na krajowym podwórku.

Z małej chmury wielki deszcz, a z 360 minut przedwczesnych finałów, naprawdę porywające było może pół godziny starcia na Emirates Stadium. Cios za cios, zmarnowany karny Özila, piękne uderzenie Kroosa… tamta gra i jej tempo wgniatały kibica w fotel, bez dwóch zdań. Niestety, po tym okresie Bayern zaczął dominować na brytyjskiej ziemi, a czerwona kartka dla Szczęsnego już całkowicie zabiła mecz.

Należę do tych, dla których terminy „zabijanie futbolu”, „antyfutbol” itp. są idiotyzmami. Dwie drużyny wychodzą na murawę z założeniami taktycznymi, a że udaje się je zrealizować tym, którzy są słabsi i chcieli się bronić, to winę za złą jakość widowiska należy zrzucić właśnie na tych, którzy nieudolnie atakowali. Tyle tylko, że Manchesterowi City, z jego ofensywnym potencjałem, nie przystoi grać tak defensywnie w pierwszym meczu, przeciwko RÓWNORZĘDNEMU rywalowi. W tym momencie Blaugranie daleko do miana giganta, którego należy się bezwzględnie bać, jak jeszcze 2-3 lata temu. Owszem, zasługują na respekt, ale nie bojaźń. Tymczasem Manchester City podszedł do tego boju jakby był drużyną pokroju Norwich czy Hull City. Przed spotkaniem wszyscy żałowali, że w składzie zabraknie Sergio Aguero. No to Argentyńczyk pokazał w rewanżu, że jego absencja nie była żadnym osłabieniem. Jedno celne podanie w ciągu 40 minut gry, dodam, że było to podanie rozpoczynające mecz po pierwszym gwizdku arbitra. A podsumowaniem całej postawy City była końcówka pierwszej połowy, gdy Aguero stracił piłkę na rzecz… Messiego.

Co z pozostałymi parami 1/8 finału? Niektórzy liczyli, że kompletnie nie radzący sobie na niemieckiej ziemi Real (przed starciem z Schalke tylko jedno zwycięstwo na 25 wizyt) będzie miał chociaż małe problemy z Königsblauen. 9-2 w dwumeczu to, mówiąc dobitnie, hańba na takim poziomie. Obecność Zenitu w najlepszej szesnastce Champions League była nieporozumieniem już w grudniu, zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie kapitalne Napoli. Paradoksalnie to Rosjanie byli jedną z nielicznych drużyn z drugiego miejsca, która nie podłożyła się swojemu rywalowi, chociaż już po meczu w Sankt Petersburgu wiadomo było, kto awansuje dalej. Mecze Galatasaray z Chelsea zapowiadano jako pojedynek Drogby z byłym klubem. Tyle, że Iworyjczyk nie odegrał w nich wielkiej roli, a najbardziej godne uwagi było chyba jego przywitanie na Stamford Bridge. O parze PSG – Bayer nie ma co pisać, bo tam trudno było doszukać się smaczków i podtekstów już przed pierwszym gwizdkiem arbitra.

Mało zabrakło, a w ćwierćfinałach zabrakłoby dwóch wielkich firm, legend tych rozgrywek. Ostatecznie w najlepszej ósemce nie zobaczymy tylko Milanu, który nie sprostał machinie Diego Simeone. Chociaż Rojiblancos mieli mały dołek formy, który niektórzy brali za koniec ich marzeń o mistrzostwie Hiszpanii i szansę dla Rossoneri na wykorzystanie słabszego okresu rywala, rewanż nie pozostawił żadnych złudzeń.

Jedynie wspaniała remontada (wybaczcie stosowanie hiszpańskich zwrotów przy angielskiej drużynie, jako fan La Liga nie znajduję lepszego słowa na odrobienie strat) Manchesteru United rozgrzała nas na dłuższą chwilę, pozostawiając nieco lepsze wrażenie po tej fazie rozgrywek. Dwumecz Anglików z Olympiakosem, a zwłaszcza rewanż, mógł się podobać. W Grecji mogliśmy podziwiać upór gospodarzy, na Old Trafford obie ekipy pokazały wszystko, co najlepsze (czy tylko mi podwójna parada nasuwa skojarzenie z interwencjami Casillasa w finale LM w 2002 roku?), a wynik nie odzwierciedla boiskowych wydarzeń, bo goście także powinni byli zdobyć gola. Ostatecznie Czerwone Diabły zobaczymy w kolejnej rundzie, co jest dobrą wiadomością dla każdego kibica futbolu – dawno już przestało mnie bawić kompromitowanie tej firmy przez Davida Moyesa, może chociaż w Champions League MU pokaże swoją klasę? Nie mogę tego powiedzieć o Milanie, który jest karykaturą wielkiego klubu, który w przeciwieństwie do United nie ma nawet przebłysków, a jedynie niezmienną przeciętność.

Zakończona już faza rozgrywek zapowiadała się jako wspaniały wypiek, z którego wyszedł zakalec. Wisienki na torcie okazały się zgniłe, a cukiernik udekorował całość z wprawą 5-letniego dziecka. Paradoksalnie, dzięki temu możemy mieć fantastyczne ćwierćfinały – w ósemce nie ma przypadkowych drużyn, jedynie najwięksi. Wielce prawdopodobne są Derby Anglii, ponowne starcie Ibrahimovicia z Ronaldo, El Clasico, czy też wyczekiwany przez wszystkich pojedynek najlepszych chyba obecnie Realu i Bayernu. Nie ma to znaczenia, większość z Was przeczyta ten tekst już po losowaniu. Jakkolwiek los połączy drużyny, będziemy mieli kilka hitów. I jestem przekonany, że tym razem nie będą to starcia tytanów jedynie na papierze.

Czytaj więcej o: Liga Mistrzów, AC Milan, Arsenal FC, FC Barcelona, Bayern Monachium, Manchester United, Real Madryt, Anglia, Hiszpania, Niemcy, Włochy, Schalke 04, Manchester City, Galatasaray Stambuł

Podziel się tym artykułem ze znajomymi

Skomentuj przez Facebooka

Treści o podobnej tematyce:

  • Liga Mistrzów: Raport ligowy #5

    Przed następną kolejką fazy grupowej Ligi Mistrzów, warto sprawdzić co słychać u drużyn, które nie są zaliczane do grona faworytów tych rozgrywek.

    czytaj więcej
  • Kane: Moim celem jest spędzenie całej kariery w Tottenhamie

    Napastnik Tottenhamu, Harry Kane znalazł się na radarze Realu Madryt, który przed przerwą międzynarodową ograł w bezpośrednim meczu w Lidze Mistrzów 3:1. Anglik zapewnił, że nigdy nie mówił o chęci odejścia i zamierza z "Kogutami" przeżyć całą swoją karierę.

    czytaj więcej

Komentarze (5)

Komentarze są domyślnie ukryte dla niezalogowanych

Pokaż komentarze