Wielcy, których zabrakło w finale

Autor: Patryk Prokulski | 23.05.2014 16:00 | komentarzy: 15 | kategoria: Historia LM |

38. minuta meczu na Allianz-Arena. Real Madryt po blitzkriegu prowadzi z Bayernem 3:0, a mogło być jeszcze wyżej. Awans do pierwszego od 12 lat finału Ligi Mistrzów jest już pewny. Perfekcyjny scenariusz burzy osobista tragedia piłkarza, któremu nie można odmówić serca do gry. Xabi Alonso otrzymuje żółty kartonik po faulu na Schweinsteigerze, przez co nie zagra w Lizbonie. Dołączył on tym samym do innych gwiazd, które musiały pauzować w poprzednich latach właśnie w finale.

Można się zastanawiać, dlaczego Bask postąpił tak bezmyślnie przy więcej niż bezpiecznym wyniku, ale pewnie żaden z nas, Januszy zasiadających wygodnie na fotelu przed telewizorem, nie jest w stanie wyobrazić sobie, jak potężna dawka adrenaliny musi buzować w graczach walczących o najwspanialsze klubowe trofeum. Są jednak piłkarze, którzy nie mieli innego wyjścia, jak walczyć na całego – gdy wynik jest stykowy, jedna akcja może strącić Ciebie i Twoją drużynę z Raju do Piekła. Ostatnie, o czym myślisz, to grać na 80% i unikać starć z rywalem. Czasami niektórych spotyka taki los, że harują cały sezon, niczym rolnicy, a gdy nadchodzi najważniejszy czas - żniwa i zbieranie plonów swego trudu, niczym zmożeni chorobą zostają w domu, ostatni wysiłek zostawiając rodzinie.

Pierwszym piłkarzem, który przyszedł mi na myśl, gdy zabrałem się za pisanie tego tekstu, był Pavel Nedved. Po części jest to związane z tym, że w 2003 roku Czech rozegrał kapitalne zawody na Delle Alpi przeciwko „mojemu” Realowi, wprowadzając Bianconerrich do finału. Wspaniały występ pomocnik okupił jednak żółtą kartką po faulu na Stevie McManamanie. Ujęcia mającego łzy w oczach piłkarza obiegły cały piłkarski świat, a ja sam, mający wtedy ledwie 11 lat, po meczu współczułem mu bardziej niż sobie i ukochanej drużynie.

Podobne uczucia można było żywić wobec Thiago Motty, który w finale w Madrycie w 2010 roku nie zagrał przez słynną już „symulkę” Sergio Busquetsa i łatwowierność arbitra tamtego spotkania. Za to zagranie jak najbardziej należała się żółta kartka. Jedynie żółta. A że przed rewanżem z Barceloną Motta nie był zagrożony absencją w finale w przypadku otrzymania takowej, w Madrycie mógłby wtedy wybiec na murawę, zamiast przeżywać wszystko z trybun. Gorycz tego wydarzenia dodatkowo potęguje fakt, że był to ostatni mecz The Special One jako trenera Interu, a jeśli wzbudzał on w piłkarzach TAKIE uczucia, możecie sobie wyobrazić, jak bardzo piłkarz chciałby wystąpić w tymże ostatnim meczu.

Nijak nie potrafię znaleźć współczucia dla Franka Ribery’ego, który absencję w tym samym finale zapewnił sobie już w pierwszym meczu półfinałowym przeciwko Olympique Lyon na Allianz-Arenie. Niegroźna dla drużyny sytuacja w miarę neutralnej strefie i brutalny faul Francuza na Lisandro Lopezie – dla takiego zachowania nie ma usprawiedliwienia, trudno też o litowanie się nad zawodnikiem.

Co można powiedzieć o piłkarzach, którzy nie zagrali w finale, ale tak naprawdę nie powinna tam się znaleźć cała drużyna? Mowa rzecz jasna o rewanżowym spotkaniu pomiędzy Chelsea a Barceloną na Stamford Bridge w 2009 roku, kiedy to z powodu żółtej kartki w Rzymie zabrakło Daniego Alvesa, a za czerwony kartonik zawieszony został Eric Abidal. Szczególne pretensje mógłby mieć ten drugi, który z boiska wyleciał, choć wbiegający w szesnastkę Nicolas Anelka po prostu potknął się o własną nogę. Wszyscy pamiętamy jednak B-klasowy poziom sędziowania w tamtym meczu, a postawę arbitra Ovrebo najlepiej określił Didier Drogba.

Najbardziej „wybrakowany” finał mogliśmy oglądać trzy lata później, kiedy to w starciu The Blues z Bayernem z powodu kartek nie mogło wziąć udziału w sumie aż siedmiu graczy. W ekipie londyńczyków zabrakło Raula Meirelesa, Ramiresa, Branislava Ivanovicia i Johna Terry’ego. Ten ostatni zresztą zasługuje na takie samo potępienie jak Frank Ribery dwa lata wcześniej, wyleciał bowiem na Camp Nou za niepotrzebne, niesportowe zaczepki. Tak nie powinien zachować się kapitan. Monachijczycy z kolei nie mogli liczyć na pomoc Luisa Gustavo, Davida Alaby i Holgera Badstubera.

Właśnie przed tym pojedynkiem najwięcej mówiło się o potrzebie wprowadzenia przepisu, wedle którego anulowano by żółte kartki przed finałami. Zwolennicy takiej praktyki argumentują to zbyt wielkim prestiżem decydującego boju, by którakolwiek z drużyn musiała podchodzić to najważniejszego meczu klubowych rozgrywek osłabiona. Przepis ten nie dotyczyłby oczywiście tych, którzy nie mogą zagrać z powodu czerwonego kartonika. Idea szlachetna, korzystna zarówno dla łaknących najlepszego widowiska kibiców, jak i piłkarzy, którzy nie po to oddawali serce dla drużyny w poprzednich meczach, by teraz przegapić kulminacyjny moment. Czy to oznacza jednak, że są równi i równiejsi? Co w takim razie mają powiedzieć ci, którzy z powodu kartek nie mogli zagrać np. w półfinale? Dla nich i ich drużyn to również był finał, mecz o być albo nie być. Jak powinna postąpić UEFA? Ocenę pozostawiam każdemu z Was.

Czytaj więcej o: Liga Mistrzów, Sergio Busquets, John Terry, Xabi Alonso, Franck Ribery, Thiago Motta

Podziel się tym artykułem ze znajomymi

Skomentuj przez Facebooka

Treści o podobnej tematyce:

Komentarze (15)

Komentarze są domyślnie ukryte dla niezalogowanych

Pokaż komentarze