Finansowi inwalidzi z Madrytu

Autor: Rafał Bedlewicz | 31.07.2014 14:00 | komentarzy: 10 | kategoria: Felieton |

Na piłkarskich salonach nieopierzone kurczęta należy witać sentencją ściągniętą z Piekielnej Bramy Dante Alighieriego. Bo powsinoga, który poskromiwszy wszelkich gigantów, wdrapie się na szczyt, gotów z dumą uwierzyć, że jest Zorro współczesnego futbolu. Że wśród opasłych brzuchów finansowych tyranów, on jeden mówi głosem ubogiego piłkarskiego ludu. I jemu pisane jest pozostać wśród feudałów na lata.

Tę szklaną górę jako jedyna okiełznała Borussia Dortmund. Sięgnęła wierzchołka, człapiąc po szlaku wytyczonym krwią Villarealu czy PSV. Była dobrze przygotowana, więc u jej celu tabor stanął i długo nigdzie się nie ruszy. Atletico Madryt to przy niej zabłąkany trzpiot. Nie wie ani skąd się tam wziął, ani co zrobić, by nie spaść.

W 2011 roku na koncie miał 200 mln długu wobec fiskusa i piłkarzy – pokłosie transferowej pogoni z wywieszonym jęzorem za Realem i Barcą. Choć w zestawieniu z hiszpańskim duopolem wydaje bilon, to w warunkach tamtejszej nierówności każde większe zakupy i tak z musu finansuje wsparty łaską zewnętrznych inwestorów.

A mniejsze? Pozbywa się ich szybciej niż nabył, podbiwszy wcześniej ciut cenę. Utrzymać zresztą nie sposób, bo piłkarze chcą podwyżek. Efekt? W sezonie  dajmy na to – 2010/11 wyfrunęło 14 zawodników. Przyszło siedmiu. I tak niemal co roku – wycieka dorodny narybek, przychodzą znaki zapytania i przyklejone do nich nadzieje. Jeśli u sterów trafi się zdolny trener, wyciśnie z tego sporo. Jak obecnie.

Wśród europejskich dystrybutorów koszulek Atletico plącze się w ogonie. Żeby na jednej trzeciej przychodów telewizyjnych Realu/Barcy i mizernej globalnej wartości ulepić zespół marzeń, debet musi być z gumy. Więc jest. Na chorobliwej ambicji ,,Rojiblancos’’ wtoczyli się do Finału Ligi Mistrzów, usadzając się wcześniej na tronie Primera Division. Morze determinacji... ale i ocean by nie starczył do przekonania wierzycieli, że tak być musi – w imię dobra hiszpańskiej piłki, bo liga nie może stać na dwóch tylko nogach.

Dlatego Atletico nie potrafiło odeprzeć tabunu hien, który zjawił się wraz z opadającym pyłem tryumfów. Takiej watahy nie widział ani Liverpool, ani Arsenal, ani nawet niedościgły wzór Madrytczyków – Borussia. Na żer rzucono: Diego Costę, Adriana Lopeza, Filipe, Sergio Asenjo. Olivera Torresa, Rubena Pereza,  Thomasa, Borje Gonzaleza i Pedro Martina pochłonęły wypożyczenia. Te same skończyły się w przypadku Courtois, Diego i Sosy. Villi i Aranzubii zamknęły się kontrakty. Portfel odetchnie, ale obrona tytułu mistrza Hiszpanii będzie tylko symboliczna.

Nie czas teraz, by z zazdrością patrzeć na Borussię, którą na salonach przyjęto nader gościnnie. Chłopaków Diego SImeone nikt tam nie wypatrywał. Jak Monaco, przed laty również wywleczone z europejskiego niebytu, sklecone nogami młodych i tanich zawodników, wzmocnione wypożyczeniami i tchnięte duchem ambitnego trenera. A na koniec pożarte przez przygnębiającą piłkarsko-finansową rzeczywistość. Tyle że na Stade Louis II w końcu dotarł wskrzesiciel – Dmitrij Rybołowlew. Do Hiszpanii tacy wstępu nie mają, co tamtejszym gigantom, szyderczo śmiejącym się zza złotych murów, na pewno jest na rękę. 

Czytaj więcej o: Atletico Madryt, Real Madryt, Hiszpania, Transfery

Podziel się tym artykułem ze znajomymi

Skomentuj przez Facebooka

Treści o podobnej tematyce:

Komentarze (10)

Komentarze są domyślnie ukryte dla niezalogowanych

Pokaż komentarze