2014 przez czerwono-żółto-czerwone okulary

Autor: Patryk Prokulski | 07.01.2015 17:47 | komentarzy: 5 | kategoria: Felieton |

Wkroczenie w 2015 rok niesie ze sobą całą masę podsumowań, rankingów i wszystkiego, co wiąże się z poprzednimi dwunastoma miesiącami. Jako fan futbolu w hiszpańskim wydaniu, zadałem sobie pytanie: jak rok 2014 ocenić może czerwono-żółto-czerwone środowisko piłki nożnej?

Ocena formy hiszpańskiej piłki w poprzednich miesiącach może być tak rozbieżna, jak poglądy polityczne Ruchu Narodowego i Twojego Ruchu. Katastrofy nakładały się na wielkie sukcesy, plusy przesłaniały minusy i odwrotnie. Neutralny fan hiszpańskiej piłki mógł ostatnio odczuwać swoiste rozdwojenie jaźni. Rolę iberyjskiego dr Jekylla odegrał futbol klubowy, mr Hydem tym razem była La Furia Roja.

Największym plusem dla każdego, niezależnie od osobistych sympatii, jest z pewnością włączenie się Atletico Madryt do walki o najwyższe cele. O ile w sezonie 2012/2013 Rojiblancos nie zdołali utrzymać narzuconego przez dwóch gigantów tempa i finiszowali na trzeciej pozycji w lidze, tak teraz Diego Simeone wykrzesał ze swojej maszyny jeszcze więcej mocy, a Gabi i spółka zaskoczyli (i zachwycili) całą Europę. Mistrzostwo Hiszpanii, zdobyte w ostatniej kolejce, w meczu bezpośrednio decydującym o tytule przeciwko Barcelonie, zwieńczyło kapitalną temporadę w wykonaniu wojowników Cholo. Tytuł zdobyty przez kogoś innego niż wielka dwójka po raz pierwszy od czasów Valencii Rafy Beniteza z pewnością przyniósł nieco świeżości w skostniałym układzie sił na Półwyspie Iberyjskim. Dodatkowo zdobycie przez Indian Superpucharu Hiszpanii udowodniło, że Atletico potrafi wygrywać z Realem, a Derby Madrytu przestały być jednostronnym widowiskiem.

Nie oznacza to jednak, że miniony rok nie przyniósł minusów La Lidze. Dla mnie osobiście, a podejrzewam, że wielu fanów futbolu hiszpańskiego się ze mną zgodzi, największą ujmą dla Primera Division był spadek z ligi Betisu Sewilla. Ci, dla których piłka hiszpańska to coś więcej niż Real, Barca i Atleti, wiedzą, że najbardziej emocjonujące w tym kraju są Derby Sewilli. Wszak to z Andaluzji wywodzi się gorące flamenco, nic więc dziwnego, że ten temperament i emocje były także widoczne w starciach Sevilli z Betisem. Obyśmy nie musieli długo czekać na kolejne bitwy tych ekip.

Skoro już przy Sevilli jesteśmy, to zaznaczmy, że miniony sezon został zdominowany w Europie przez hiszpańskie zespoły. Podopieczni Unaia Emery’ego wygrali Ligę Europy, a Real wreszcie zrzucił z siebie brzemię dążenia do upragnionej, mitycznej La Decimy. Myśl o 10. Pucharze Europy była dla wszystkich z otoczenia Królewskich tym, czym Pierścień dla Golluma - uosobieniem szczęścia i udręki jednocześnie. Ten rozdział Real i jego kibice mają za sobą, a historia skończyła się dla nich szczęśliwie, jak dla Froda. Dodajmy, że hiszpański finał przyniósł równie wiele dramaturgii, co ostateczna rozgrywka w Górze Przeznaczenia. Co istotne, finaliści dotarli tam całkowicie zasłużenie – Atletico prezentowało w tych rozgrywkach ogrom woli walki, determinacji i zaangażowania, co jest w dzisiejszych czasach wyrachowania i kalkulacji w świecie futbolu rzadkością. Real z kolei zaprezentował po prostu najlepszą grę w Europie, piłkę na poziomie, jakiego na Santiago Bernabeu nie oglądano od dawna, a na pewno nie w najważniejszych meczach. Zmiażdżenie w półfinale Bayernu było symbolicznym wyrwaniem rywalowi berła najlepszej ekipy na kontynencie.

W Lidze Europy pozostałe drużyny z tego kraju nie doszły do finału chyba jedynie dlatego, że… na ich drodze stawała wcześniej Sevilla. W półfinale byliśmy świadkami pasjonującego dwumeczu z Valencią, w którym zwycięzca był lepszy tylko lepszym bilansem bramkowym na wyjeździe. Również wspomniane przeze mnie, gorące derby Andaluzji zapisały kolejną kartę w historii, tym razem na europejskim podwórku, a zgromadzeni na Estadio Benito Villamarin fani ze łzami w oczach oglądali, jak znienawidzony rywal wyrzuca Betis za burtę dopiero po serii rzutów karnych. Emocje, emocje… i solidna reklama Primera Division dla szerszego grona odbiorców. Muy bien!

Kapitalny poprzedni sezon w lidze zaostrzył apetyty na obecną kampanię, a ta nas rozpieszcza od samego początku. Atletico pokazuje, że wciąż jest w stanie nawiązać walkę z Królewskimi i Blaugraną. Dodatkowo ekipy walczące o kolejne lokaty są w tym sezonie piekielnie mocne – Valencia ograła dwójkę ze stolicy i nawiązała równą walkę z Dumą Katalonii, Sevilla i Villareal prezentują równy poziom, po piętach depcze im Malaga i Celta Vigo. Walka o puchary będzie pasjonująca.

Jeżeli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Przede wszystkim dlatego, że to najgorszy rok w historii reprezentacji Hiszpanii. Nie jednej, lecz wszystkich kategorii wiekowych. O blamażu La Furia Roja na mundialu napisano już chyba wszystko. Vicente Del Bosque zaufał tym samym, przesyconym sukcesami piłkarzom, naiwnie licząc, że ci multimedaliści znów poczują  iskrę, która napędzi ich do rzeczy wielkich. Jednocześnie zdawał się nie zauważać całej masy młodych, żądnych chwały wilków, którzy byli gotowi rzucić się rywalom do gardeł, by odnieść triumf. Młodsze reprezentacje również poległy w najważniejszym momencie. Niepokonana od 35 spotkań kadra U-21 przegrała w decydującym o awansie do Mistrzostw Europy meczu z Serbią. Brak awansu na EURO oznacza także koniec marzeń o występie na Igrzyskach Olimpijskich w 2016 roku. Do turniejów głównych w swoich kategoriach wiekowych nie zakwalifikowały się także drużyny U-19 i U-17. Zgodnie z zasadą – jak idzie źle, to po całości. Hiszpanie, rozpieszczeni przez drużyny śp. Luisa Aragonesa i Vicente Del Bosque, ale także drużyny juniorskie, w których w ostatnich latach brylowali gracze tacy jak Azpiliqueta, David Silva, czy później Thiago Alcantara, Morata i Isco, odzwyczaili się od braku medali swojej kadry. Za 2014 rok hiszpańska federacja może otrzymać co najwyżej tytuł najbardziej przegranego piłkarsko narodu na polu reprezentacyjnym.

Jak więc ocenić ostatnie 12 miesięcy? Czy zepchnąć w cień kompromitację La Furia Roja i piłkarzy do niej aspirujących którzy zdobywają doświadczenie w, jak to pieszczotliwie nazywają w Hiszpanii, La Furia Rojita? Czy spuścić zasłonę milczenia na wyniki graczy w czerwono-granatowych strojach uznając, że w ostatnich latach sukcesów mieli aż za wiele? A może wręcz odwrotnie, przez pryzmat gry drużyn narodowych oceniać siłę i poziom całego futbolu w tym słonecznym kraju?

 Osobiście uważam, że miniony rok był dla mnie, jako fana piłki w barwach czerwono-żółto-czerwonych, wyjątkowo emocjonujący. Był to rok końców cykli, i idących za tym zmian. Zakończył się okres duopolu na szczycie ligi. Chociaż sezon jeszcze trwa, wydaje się, że dobiegnie końca nieco krótszy czas okupowania czwartej lokaty w lidze przez reprezentantów Kraju Basków. Zmiana cyklu zaczęła się dokonywać w reprezentacji. Odeszli Xavi, Xabi Alonso czy David Villa, a w ich miejsce pojawiają się młodzi, jak Isco czy Paco Alcacer. Już w czasach antycznych Heraklit z Efezu stwierdził, że „wszystko płynie” (panta rhei). A że obecnie w Hiszpanii płynie rwąca rzeka zmian, nam kibicom, pozostaje jedynie emocjonować się tym procesem.

Czytaj więcej o: FC Barcelona, Real Madryt, Sevilla FC, Hiszpania, Valencia, Betis Sevilla

Podziel się tym artykułem ze znajomymi

Skomentuj przez Facebooka

Treści o podobnej tematyce:

Komentarze (5)

Komentarze są domyślnie ukryte dla niezalogowanych

Pokaż komentarze