Sukces się nie kalkuluje?

Autor: Rafał Bedlewicz | 29.03.2015 19:30 | komentarzy: 6 | kategoria: Felieton |

Ci, którzy angielskiemu futbolowi wieszczą rychły upadek, powinni sięgnąć do Plauta. Rzymianin wieki temu ukuł prawdę, że stracony jesteś dopiero, gdy utracisz wstyd.

Anglia wygrała z Litwą 4:0. Naród, który od lat karmi się okruchami po mundialu sprzed pół wieku, do eliminacji zawsze zasiada jak pokerzysta z drugą talią kart w rękawie. Tym razem wygrywa wszystko, czyli żadna nowość. W walce o brazylijski mundial też obyło się bez porażki. Podobnie przed Euro 2012, u progu Mistrzostw Świata 2010 i 2006 przegrał po jednym razie. Wyjątek, o którym na Wyspach głośno się nie mówi, to 2008 r., czyli ME bez Brytyjczyków.

Tylko dlaczego cała strzelecka czwórka z piątku, niegdyś metkowana jako przyszłość wyspiarskiej piłki, bezlitosna jest tylko dla kopaczy, którzy w rankingu FIFA wiszą na 94. miejscu, pod Beninem? Angielski Lew stracił kły, od lat zgarnia bilety na mistrzostwa, by już na turnieju, do walki z Włochami, Niemcami, czy nawet Urugwajczykami podchodzić jak wynędzniały balonik, z którego właśnie zeszło całe powietrze.

Obserwacja jakkolwiek ciekawa, mogłaby pozostać bez znaczenia dziś, gdy futbol reprezentacyjny tkwi pod butem tego klubowego. Tyle że i Premier League zaczyna dotykać podobna choroba, bo reprezentacyjna gra o minimum, czyli ,,byleby nie było wstydu’’, w wymiarze klubowym znaczy tyle co ,,byleby się kalkulowało’’.

W 1950 roku po porażce na mundialu z Amerykanami w Daily Herald pojawiła się wzmianka: ,,Zawiadamia się wszystkich pogrążonych w żałobie kibiców, że dnia 29 czerwca 1950 umarł futbol angielski.’’. Takiego szoku na Wyspach nie było od rozpoczęcia II Wojny Światowej – Anglicy stworzyli futbol, by na pierwszym swoim mundialu zostać strąconym za burtę przez amatorów. Ponad pół wieku później rewolucjonizują futbol – za sterami drużyn stawiają egzotycznych miliarderów, kreują gwiazdy na kształt gigantów rocka, kluby oplatają marketingowymi mackami cały świat. I znów – ten świat Anglików dogonił, o dwie długości przegonił, by rękami PSG, Monaco, czy Barcelony zamknąć im drogę nawet do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.

Tłumnie zawrzał wyspiarski lud. Dziennikarze układają piętra teorii, kibice żądają rewolucji, ale w zaciszu klubowych gabinetów w Londynie czy Manchesterze, ,,hańba’’ przechodzi niezauważona. Bo oczy wlepione są w słupki, a te mówią tak: z 20 klubów o największych dochodach osiem to wciąż angielskie. Czemu się dziwić, skoro z telewizji bezpucharowy Everton wyciągał dotąd tyle samo co Bayern Monachium, a będzie lepiej, bo podpisu doczekała się najbardziej lukratywna w historii umowa dot. sprzedaży praw do transmisji.

Angielskie kluby, jak reprezentacja, na ogół dziarsko przechodzą przez fazy grupowe europejskich turniejów, by coraz częściej rozbijać się o ciut lepszych w fazie pucharowej. Tylko czy oni potrzebują pucharów? Czy ostateczny tryumf sprzeda się lepiej niż heroiczny bój usianego gwiazdami City z europejsko gigantyczną Barceloną? Czy Chelsea musi zgarniać LM, byśmy rokrocznie stawiali ją wśród faworytów obok Realu czy Bayernu? Niczym celebryci, dopóki są na salonach, nie ma wstydu. A sam tryumf? Księgowych specjalnie nie interesuje.

Czytaj więcej o: Liga Mistrzów, Anglia

Podziel się tym artykułem ze znajomymi

Skomentuj przez Facebooka

Treści o podobnej tematyce:

Komentarze (6)

Komentarze są domyślnie ukryte dla niezalogowanych

Pokaż komentarze