Królewski klub bez korony

Autor: Martyna Dębińska | 25.02.2016 17:00 | komentarzy: 2 | kategoria: Okiem kibica |

Real Madryt wielkim klubem jest. Wszyscy o tym wiemy. Wielkie transfery, najlepsi piłkarze, duże pieniądze, sukcesy marketingowe... a co z tymi sportowymi? Nie ulega wątpliwości, że pod tym względem zdecydowanie dominuje odwieczny rywal zespołu z Madrytu, FC Barcelona.

Piłka nożna już dawno przestała być jedynie dyscypliną sportu. Obecnie jest to również biznes na najwyższym poziomie. Wystarczy spojrzeć, jakie przychody generują kluby piłkarskie i jakie kwoty wydawane są każdego roku na transfery. W tej kwestii trudno szukać kogoś lepszego od Florentino Péreza. Prezes „Królewskich” to biznesem pełną gębą. Nawet jego wrogowie muszą dostrzegać jego pracę i wkład w to, że obecnie Real jest marketingowym gigantem. To dzięki polityce Florentino Péreza klub w zestawieniu, które przeprowadzane są co roku przez firmę Deloitte po raz jedenasty z rzędu lideruje pod względem największych przychodów wśród klubów piłkarskich. Obecny prezes „Los Blancos” sprawił, iż zespół ze stolicy Hiszpanii nie jest już jednym z najlepszych, lecz przewodzi całej stawce. A przynajmniej na gruncie marketingowym. Co z tym sportowym?

Nowy sezon, stare problemy

Kibic Realu Madryt przy każdym wystąpieniu Florentino Péreza raczony jest tymi samymi słowami. Zapewniany jest o wielkości klubu, któremu oddał serce. Prezes przekonuje o wielkich ambicjach, głodzie sukcesów. O charakterze zwycięzców, którzy zawsze walczą do końca i o wszystkie cele. Tyle... że rzadko kiedy ma to swoje odzwierciedlenie na boisku. Oczywiście, Pérez robi wszystko, co w jego mocy, aby urzeczywistnić swoje wywody. A przynajmniej jest tak w jego mniemaniu. Sprowadza za astronomiczne sumy nowych zawodników, których nazwiska są łakomym kąskiem na rynku transferowym. Nie jest ważne, czy faktycznie są oni potrzebni drużynie, czy nie. Swego czasu trenerzy również nie wiedzieli, gdzie na boisku ustawić Zidane'a. Lecz nie każdy zawodnik jest takim wirtuozem, jak Francuz. Mimo to prezes dalej robi na rynku to, co mu się podoba i nie martwi się tym, jak to poukłada trener. W końcu jeśli nie on, znajdzie się inny. Zapewne większość kibiców Realu dostaje już białej gorączki na pojawiające się co chwilę doniesienia o tym, iż klub obserwuje kolejnego ofensywnego pomocnika, których w drużynie jest aż za dużo, a nie skupia się na oczywistych defektach drużyny, które widoczne są gołym okiem – jak chociażby brak pivota.

Zidane po ośmiu spotkaniach na ławce trenerskiej Realu ma taki sam bilans, jak Benitez. Wina trenera? Zmianę widać jedynie w stylu gry, który jest widowiskowy, jednak to nie Rayo Vallecano, które może okupować dół tabeli, byle tylko prezentowali ładny dla oka futbol.

Naburmuszona primadonna

Wszyscy dobrze znamy piękne bajki o małych chłopcach, którzy marzyli o grze w białej koszulce. Po wielu latach marzenie się spełnia i przywdziewają trykot Realu Madryt. Na prezentacji zapewniają, iż to najszczęśliwszy dzień w ich życiu, że zrobią wszystko, co w ich mocy, aby zapewnić drużynie sukcesy, a zwieńczeniem jest pocałowanie przez wschodzącą gwiazdę herbu klubu, co wywołuje euforię wśród licznej grupy kibiców. Co następuje później? Obserwujemy dość ciekawy proces, podczas którego wychodzi na jaw, że to wcale nie Real Madryt znajduje się w sercu owego piłkarza, lecz jego własne ego.

Jednym z tych graczy jest Cristiano Ronaldo. Portugalczyk jest marką samą w sobie. Wydanie około 94 miliony euro na gracza z niesamowitym przyspieszeniem, dryblingiem i uderzeniem były strzałem w dziesiątkę. Ale... marketingowym, czy sportowym? Przyjrzyjmy się temu bliżej. Były zawodnik Manchesteru United miał być dla Realu Madryt wybawieniem. Gwiazdą, która zapewni klubowi mnóstwo mistrzowskich pucharów. Piłkarz spędza w stolicy Hiszpanii właśnie siódmy sezon, w klubowych gablotach przybyło zaledwie siedem pucharów. Z tych najważniejszych możemy doliczyć się zawrotnej liczby – CZTERY. W tym JEDNA wygrana liga, DWA wygrane Puchary Hiszpanii oraz JEDNA Liga Mistrzów. A jak w tym samym czasie wzbogaciła się zalegająca nad kominkiem kolekcja indywidualnych nagród dla Ronaldo? Można się doliczyć przeszło CZTERDZIESTU.

Warto się więc zastanowić, czy bardziej Real potrzebuje Cristiano Ronaldo do zdobywania drużynowych, mistrzowskich tytułów, czy może to Cristiano Ronaldo potrzebuje Realu, aby sięgać po indywidualne wyróżnienia? Portugalczyk przy okazji każdego wywiadu podkreśla, że to on chce być najlepszy w historii. Podczas wystąpienia w jednym z programów, kiedy to promował film, rzecz jasna o nim samym, został zapytany, dlaczego ekipa filmowców zgłosiła się właśnie do niego, a nie do Messiego. Ronaldo z typową dla siebie arogancją odpowiada, że chcieli nakręcić film o najlepszym piłkarzu... Cóż, nawet z perspektywy kibica Realu Madryt dla mnie nie ma wątpliwości, który z panów Ronaldo – Messi jest lepszym zawodnikiem. To Argentyńczyk jest liderem drużyny, która raz po raz wznosi w górę kolejne trofea i zapisuje się złotymi literami w historii futbolu. To Messi w trudnym momencie dla zespołu niejednokrotnie bierze odpowiedzialność na swoje barki i robi z piłką magiczne rzeczy, aby zapewnić swojej drużynie zwycięstwo. Po sześciu latach Ronaldo w Madrycie gołym okiem można dostrzec, że nie jest to gracz wart największej pensji wśród piłkarzy. Co takiego robi na boisku? Owszem, został najlepszym strzelcem w historii Realu Madryt, jednak znaczną większość tych goli zdobył dzięki kolegom z drużyny, którzy co roku muszą walczyć na murawie, aby w końcowej fazie akcji dograć do Portugalczyka, żeby ten mógł pokazać swoją efektowną cieszynkę i dopisać do swojego dorobku kolejne trafienie. Broń Boże samemu wykańczać akcję, wtedy można się narazić tylko na wymowne gesty Portugalczyka.

Nie przemawiają do mnie zapewnienia Ronaldo, że ważna jest dla niego drużyna. Nie robi on nic, aby to udowodnić. Gdy pojawiają się wobec niego jakieś zarzuty, albo wychodzi obrażony z sali, albo rzuca stwierdzeniem typu „nawet Bóg nie zadowolił wszystkich”. Jego ego jest rozdmuchane do granic możliwości. Do tego stopnia, że nie widzi on w sobie niczego złego. Nie widzi, że nie potrafi dać wiele drużynie, poza golami, które tak naprawdę nie dają niczego. Dość powiedzieć, że na półmetku obecnego sezonu jego trafienia zapewniły Realowi zaledwie dwa punkty w lidze. Nie widzi, że nie bierze na siebie odpowiedzialności i kiedy drużyna go potrzebuje, on znika. Nie widzi, że stracił swój efektowny drybling, którym mijał rywali jak tyczki. Nie widzi, że jego rzuty wolne wołają o pomstę do nieba, a dla kibiców jest to okazja, aby wyskoczyć szybko po coś do kuchni, lub do łazienki, bo z góry wiadomo, że Portugalczyk albo pośle piłkę na trybuny, albo trafi w mur. Kiedy Rafa Benitez próbował zasugerować Ronaldo, aby ten popracował nad stałymi fragmentami gry, zawodnik bez słowa opuścił salę. Ach, ten 31-letni, dojrzały facet.

Zresztą, patrząc na zachowania Ronaldo można dojść do wniosku, że dla niego samego on rzeczywiście jest kimś pokroju Boga i nikt nie ma prawa go krytykować. To samo tyczy się kibiców, którzy od małego wybrali barwy klubowe i utożsamiają się z nimi. Kibice, którzy każdy mecz głęboko przeżywają i tracą przez swoją ukochaną drużynę wiele nerwów oraz zdrowia. To oni płacą za bilety, koszulki i inne gadżety, wspierają klub, który kochają. Nic dziwnego, że wymagają od piłkarzy, aby zostawiali na boisku serce i wykazywali wolę walki, a nie stali i wymachiwali rękoma, gdy im coś nie pasuje. Kibice chcą widzieć, jak pracują wszyscy, aby na końcu sięgnąć po puchar.

Czy piłkarski kibic naprawdę wymaga tak dużo? Mówimy o poświęceniu dla dobra drużyny, o ciężkiej pracy, którą zwieńczy wygrana mistrzowskiego tytułu. U Cristiano Ronaldo tego nie widać. On jedynie wymaga. Nawet, gdy zespół przegrywa mecz, kibic widzi poświęcenie i pracę, jaką wykonali zawodnicy, po czym ich oklaskują. Nigdy nie wygwiżdżą piłkarza, który zapracuje sobie na ich szacunek i będzie gryzł trawę za każdym razem, gdy założy koszulkę klubu, który rzekomo kochają oboje – gracz i kibic.

 

Kibice Realu Madryt nie przechodzą w tym sezonie przez najlepsze chwile. Na powyższym filmiku widać fragment z meczu „Królewskich” na Santiago Bernabéu z Rayo Vallecano, który ostatecznie gospodarze wygrali 10:2, lecz w pewnym momencie przegrywali 1:2, co rozwścieczyło zgromadzonych na stadionie kibiców. Dostrzegając kompletny brak zaangażowania u Cristiano Ronaldo, zaczęli wykrzykiwać w jego stronę: „gwiazdka popu”, „pokaż jaja”, „bezużyteczny”, czy „najemnik”. Patrząc na grę Portugalczyka trudno się z takimi słowami nie zgodzić. Co jednak zrobił Ronaldo? Odkrzyknął do kibiców „pier***cie się”.

Prognoza na przyszłość

W Realu Madryt nie jest potrzebny nowy trener. Nawet najlepsi w swoim fachu, jak José Mourinho, czy Carlo Ancelotti nie utrzymali swojej pozycji na długo. Prawda jest taka, że dopóki w klubie będzie obecny prezes, Florentino Pérez oraz najemnicy, pokroju Cristiano Ronaldo, nic nie ulegnie zmianie. Nadal będą się liczyć pieniądze i indywidualne wyróżnienia, a nie dobro drużyny i sukcesy sportowe.

Czytaj więcej o: Liga Mistrzów, FC Barcelona, Real Madryt, Hiszpania, Cristiano Ronaldo, Florentino Perez

Podziel się tym artykułem ze znajomymi

Skomentuj przez Facebooka

Treści o podobnej tematyce:

Komentarze (2)

Komentarze są domyślnie ukryte dla niezalogowanych

Pokaż komentarze